Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Sundman i Hrafnkatla

kiljan.halldorsson

 Per Olof Sundman (1922 - 1992) - szwedzki pisarz, a także działacz i polityk (był posłem do riksdagu z ramienia partii Centrum, delegatem w Radzie Nordyckiej i członkiem Akademii Szwedzkiej) należy bez wątpienia do najciekawszych postaci w pejzażu kulturalnym swego kraju (chociaż o życiorysie mającym pewien cień, ponieważ pisarz należał w młodości do nazistowskiej Nordisk Ungdom - organizacji młodzieżowej powiązanej z ugrupowaniem Nationalsocialistiska Arbetarepartiet, o czym szeroka opinia publiczna dowiedziała się już po jego śmierci). Zadebiutował dość późno, bo w wieku 35 lat, tomem opowiadań "Myśliwi" (Jägarna). Początkowo akcję swych utworów osadzał w płn. Szwecji (Norrland), przez co uznawany był za pisarza prowincjonalistę. W kolejnych książkach, powieściach "Dochodzenie" (Undersökningen) i "Strzelec" (Skytten) zaprezentował się jako behawiorysta, który, rezygnując z psychologicznej analizy swoich bohaterów, poprzestawał na prezentacji ich działań. W swej twórczości hołdował przekonaniu, iż nie jest możliwe stwierdzenie prawdy o rzeczywistości, i jedyne, co w takiej sytuacji można uczynić, to tylko zapisywać, odtwarzać przebieg zdarzeń składających się na ową rzeczywistość. Często też swoje historie pozostawiał bez zakończenia, pozwalając w ten sposób czytelnikom snuć w wyobraźni dalszy bieg opisywanych zdarzeń. W latach sześćdziesiątych, w powieściach "Ekspedycja" (Expeditionen) i "Podróż napowietrzna pana inżyniera Andrée" (Ingenjör Andrées luftfärd) pisarz opuścił Norrlandię. Tematem pierwszej stała się afrykańska wyprawa H. M. Stanleya z lat 1887 - 89, drugiej zaś katastrofalna podróż balonem "Örnen" na Biegun Północny Augusta Salomona Andrée'go, a ich głównym problemem stało się współdziałanie ludzi w obliczu biologicznego zagrożenia. Obok wspomnianych dzieł Sundman opublikował m. in. tom opowiadań "Poszukiwacze" (Sökarana), powieść "Dwa dni, dwie noce" (Två dagar, två nätter) - małe, niepokojące arcydziełko o niepowtarzalnym klimacie... Dał się też poznać jako wspaniały reportażysta: wydał cykl reportaży o norweskich Lofotach, a z początkiem lat osiemdziesiątych światło dzienne ujrzała wspaniała relacja z ekspedycji polarnej Ymer'80 do Svalbardu ("Ocean Lodowaty" [Ishav]), w której autor wziął udział w charakterze kronikarza...

 W jego literackim dorobku jest też bardzo szczególna powieść, będąca współczesną stylizacją jednej z najświetniejszych sag o Islandczykach (Íslendinga sögur). Tą powieścią jest "Opowieść o Såmie" (Berättelsen om Såm) - jej pierwowzór zaś to "Saga o Hrafnkelu Ofiarniku Freya" (Hrafnkels saga Freysgoða), która, pisząc pokrótce, opowiada o konflikcie, jaki powstał po tym, jak Hrafnkell Hallfreðarson, człowiek o potężnych wpływach, zabił swego parobka Einara. To absurdalne zabójstwo (Einar nie zastosował się do zakazu i dosiadł raz konia Freyfaxi, na którym nikt poza Hrafnkelem nie miał prawa jeźdźić, i to sprowadziło nań zgubę) wywołało lawinę brutalnych zdarzeń i nieszczęść, bowiem ojciec Einara, nie chcąc zgodzić się na oferowane mu odszkodowanie, zażądał procesu przed sądem. Dumny Hrafnkell odmówił jednak, uznająć, że ojciec Einara nie jest dla niego równym przeciwnikiem. Ów nierówny przeciwnik postanowił jednak działać i znalazł pomoc u swego bratanka, Sáma. Sámur pozwolił wciągnąć się w konflikt i nie bez trudności doprowadził sprawę do sprawiedliwego finału, jakim było wyjęcie Hrafnkela spod prawa. Skazany nie miał wszakże zamiaru stosować się do zapadłego wyroku. W takiej sytuacji wystawiał się na niebezpieczeństwo, gdyż osoba, wobec której orzeczono wyjęcie spod prawa, mogła być bezkarnie zabita. Ale Sámur nie skorzystał z przysługującego mu prawa; używając siły, pozbawił Hrafnkela wspaniałego majątku Aðalból i okaleczonemu pozwolił ujść z życiem. Dał wiarę słowom. Nie przypuszczał, jak przykra i okrutna będzie zemsta... Ta historia zainspirowała Sundmana. Oto co sam napisał o swojej "Opowieści o Såmie":

 "Krótka islandzka saga o Ravnkelu rozgrywa się w pierwszej połowie X wieku. Spisana została w połowie wieku XIII.   Sagę tę określa się zwykle jako opowieść o upadku potężnego i zadufanego wielmoży i o tym, jak odzyskuje on swój dwór, swe posiadłości i pozycję. Takie określenie zbyt mocno wiąże sagę z Ravnkelem. Saga nie ma jednego głównego bohatera, lecz dwóch. Tym drugim jest Såm. Saga opisuje dramatyczną, nieprzejednaną i krwawą próbę sił, walkę o władzę między dwoma ludźmi o zupełnie innych charakterach, innych właściwościach. Jest to opowieść złożona, o wymogach związków krwi, o lojalności i prawie, by siłą dochodzić swych racji.   Przed wielu laty wpadłem na pomysł, by tę sagę przerobić na film telewizyjny. Udałem się w te miejsca północno-wschodniej Islandii, które są w zasadzie wymienione z nazwy. Dwa majątki Ravnkela można odnaleźć nawet na zwykłych mapach samochodowych. Dolina Ravnkelu wciąż nazywa się Hrafnkelsdalur. W jeepie i z namiotem odbywałem długie podróże po bezdrożach Islandii wewnętrznej, by w miarę możliwości najdokładniej trzymać się drogi, którą Såm i jego ludzie jechali na miejsce althingu. ---- Jasno zdałem sobie sprawę, że materiał, zawarty w sadze, w filmie trzeba przełożyć na współczesność, w przeciwnym razie istnieje zagrożenie, że to, co ponadczasowe i wieloznaczne, zginie za kulisami lśniących hełmów, okrągłych tarcz, ostrych mieczy i wspaniałych opończy. --- Zacząłem pisać scenariusz filmowy - zrodziła się z tego powieść. ---- Prastara saga jest bardzo krótka; w swym ściszeniu, lakoniczności i powściągliwości prawdziwe arcydzieło literackie. Jednak kilka razy opowiadający zatrzymuje się nad jakimś szczegółem. Dotyczy to przede wszystkim spotkania Såma z Tjostarsonami i przebiegu procesu przed althingiem. --- W mojej powieści, w mojej interpretacji tej liczącej sobie siedemset lat noweli, ustawicznie zatrzymywałem się, by uczynić opowieść bardziej szczegółową. Uważałem też za konieczne wprowadzenie nowych osób, stworzyłem je i nazwałem. Ważne to było zwłaszcza ze względu na podkreślenie roli kobiet --- W sadze istotny jest konflikt między możnymi a drobnym chłopstwem. Jest to konflikt ponadczasowy, ale jak go "przetłumaczyć" na nasze czasy? Próbowałem możliwie wyraźnie zarysować ludzi, którzy stanęli po stronie Såma.(...) --- Pradawna saga daje wyraźny obraz Ravnkela. Ważniejszy jest niewyraźny obraz jego przeciwnika. Właściwie Såm jest główną postacią opowieści. Såm jest możnym człowiekiem. Stworzył sobie na swym dworze bezpieczną, spokojną egzystencję. Jest pewien siebie a jednocześnie chwiejny. To inni wpływają na jego decyzje, zmuszają do podjęcia walki z Ravnkelem. Jedyny raz sam podejmuje decyzję, nie słucha rad innych - to sprowadza na niego nieszczęście. --- W mojej opowieści usiłowałem trzymać się w głównym zarysie sagi. Moja powieść jest interpretacją sagi. Nie wiem, czy uczyniłem przez to sagę wyraźniejszą, czy bardziej wieloznaczną. --- Powieść rozgrywa się współcześnie. Mój krajobraz jest islandzki, ale to nie jest Islandia. Skomplikowane reguły prawne, jakie grają istotną rolę w konflikcie między Ravnkelem a Såmem, realnie istniały w wolnej Islandii przed tysiącem lat. I dziś wciąż jeszcze istnieją w innych krajach, nędznie ukryte w sformułowaniach o typowym dla Zachodu charakterze. --- Jestem prowincjonalnym pisarzem. Piszę po szwedzku. Chcę swą powieścią pokazać, jak szwedzki pisarz w dzisiejszych czasach może wciąż tworzyć w prastarej nordyckiej tradycji."

 Trzeba przyznać - efekt pracy Sundmana jest zachwycający. "Opowieść o Såmie" Gorąco polecam. 

Profesor

kiljan.halldorsson
 Zawołany gawędziarz o śpiewnym, jak na kresowiaka przystało, głosie, erudyta, mistrz rysunku potrafiący kilkoma pociągnięciami węgla i kredy wyczarowywać urokliwe pejzaże czy architektoniczne detale, uwrażliwiający każdego na piękno codziennego krajobrazu, człowiek wielu talentów, opiekun zabytków i wspaniały nauczyciel, zachwycający i zarażający swą pasją studentów i widzów fantastycznych programów telewizyjnych, o trudnych do przecenienia zasługach, jeśli idzie o popularyzację polskich tradycji, piękna polskiego pejzażu, dawnej i nowej architektury czy, mówiąc najogólniej, naszej rodzimej kultury materialnej. Jego gawędy były zawsze najprzedniejszymi lekcjami patriotyzmu, w których nie było miejsca na bzdurny patos. Jak nikt inny umiał przekonywać, jakim wspaniałym, ważnym i bogatym elementem kultury europejskiej jest nasz kraj...  Profesor Wiktor Zin. Niestety, od wczoraj możemy o Nim mówić już tylko w czasie przeszłym. Nieubłagany czas znów zabrał nam kogoś nie do zastąpienia, o kim sądziliśmy, że będzie wśród nas wiecznie. Ogromna szkoda.

Gulbranssen

kiljan.halldorsson

 Eryk od dłuższego czasu przekonywał mnie, że podróż do Oslo dobrze mi zrobi. W końcu podzieliłem jego zdanie i zapowiedziałem swój przyjazd w pierwszej połowie czerwca. Już nawet rozbudził się we mnie entuzjazm: spakuję trochę rzeczy-pomyślałem-i, jak dawniej, ruszę na tę swoją Północ, by pooglądać stare śmieci. Niestety wszystko musiałem odwołać, rozczarowując przy tym swojego towarzyskiego kuzyna. "Co się, k... dzieje"? A tam, nic takiego-to tylko pasmo cudzej udręki, mały życiowy figielek. Wydaje mi się, że coś powinienem zrobić, ale tkwię przykuty do miejsca w całkowitej bezpomysłowości. Generalnie jest ciemna sraka. I przeciągnie się ona najprawdopodobniej na całe lato, może nawet jesień. W jakiś sposób jest to interesujące, nieco, ale, biorąc pod uwagę moją już nieuleczalną bezpłodność, nie ma to żadnego znaczenia.

 Wiosna eksplodowała, zletniała nawet, pora więc na jakieś zmiany. Ponieważ nie skarżę się na nadmiar energii, ograniczę się do drobiazgów. Zrobię może jakieś małe zakupy (nowy but?, nowy łach?), obetnę włosy (tak, popadłem w niewielkie, programowe zaniedbanie, ale koniec już z pogodnymi, długowłosymi żałobami - teraz czas na łysą obojętność - przy okazji poczeszę się nieco gąbką i będzie to jakaś odmiana.) i wygrzebię coś w księgarni czy w antykwariacie... Albo nie! Dość tego zadrukowanego, odmóżdżającego papieru. Żeby do reszty zgłupieć, żeby wyprzeć z głowy nawet cień własnych myśli, żeby się otumanić, zamulić, trzeba czytać, jak najwięcej, zwłaszcza powieści i książek o książkach. Nic tak nie pustoszy jak nadmiar. Obżarstwo wiedzie najczęściej do ograniczającej otyłości, zaś nadmierna lektura zamienia głowę w napęczniały, bezwartościowy pęcherz wypchany czym popadnie albo w najlepszym wypadku czyni z człowieka stragan, budę jarmarczną, rupieciarnię z marnymi błyskotkami, bądź w durny automat wyrzucający z siebie cytaty, mogący olśnić jedynie głupców. Ale co poradzić - wszystko może przybrać charakter wielkiego żarcia. Chcąc sobie życie uczynić ciekawszym, można solidnie przesadzić i ugrzęznąć na dobre we mgle wszechstronnego poinformowania. "Czytać - jak pisał Schopenhauer - to tyle, co myśleć cudzą głową, zamiast własną. Dla naszego własnego myślenia, z którego zawsze chce się wykształcić zwarta całość, nic nie jest bardziej niekorzystne, niż zbyt wielki, skutkiem nieustannej lektury, napływ cudzych myśli; wyrastając z innego ducha, przynależąc do innego systemu, nosząc inną barwę, nigdy bowiem nie zleją się one same z siebie w jedną całość myśli, wiedzy, wglądu i przekonania, już raczej doprowadzą w umyśle do babilońskiego pomieszania języków, a ducha, który się nimi napełnił, pozbawią wszelkiej jasności i tym sposobem niemal go zdezorganizują". Najwyraźniej jednak nie wszystkim duchom dane jest życie w porządku, niektóre muszą przypominać chmurę wirującego kurzu... Chociaż,hm, niektóre- dobre sobie- wspaniała większość to takie bliżej nieokreślone zjawy, których myśli to bezładna sieczka, przepędzające życie pośród pospolitych trosk, z siłami starczającymi na to, by było na smaczne papu, wygodne lulu, kaku w atmosferze lawendowej i na hałaśliwe rozrywki potrzebne do zagłuszenia przerażającej pustki... I ja sam żywię przekonanie, że jestem zwykłym,a może nawet nie takim całkiem zwykłym, bo podprzeciętnym, bydlęciem. Miałem zawsze dużo czasu. Szarpaninę mogłem sobie darować (wszystko to wpływ szczęśliwej gwiazdy, opiekunki umiarkowanej beztroski)... Wykorzystując porównanie Tomasza Manna mogę powiedzieć, że jestem kimś na wzór ucznia, który wiedząc, że nie otrzyma promocji do następnej klasy, może się już spokojnie odprężyć, wziąć głęboki oddech i, stojąc z boku, patrzeć z pewną dozą wyniosłości na idiotyczną szarpaninę innych oraz oddawać sie przyjemnościom. Swego czasu owym przyjemnościom zacząłem oddawać się w sposób niepohamowany.

 Życie. Uporczywy dobry nastrój, właściwie zwierzęce zadowolenie powracające zawsze, nawet w chwilę po panicznej ucieczce przed zębatą bestią. Życie-pastwisko kolorowe, ciągnące się aż po horyzont. Pomysł z piekła rodem. Zostałem zaproszony na wycieczkę. Cudownie! Pierwszą klasą! Wszystko wygodne i smaczne, bo łatwe. Brawo! Dzięki składam i kłaniam się nie za głęboko! Za wszystko, za owoce mórz i lądów, za szampana, muzykę i erotyczne ćwiczenia. Dziś tak, jutro siak. Czy ubierzemy sie na żółto? Wspaniale. A może chłopiec? Tylko jeden? Dwóch, pięciu? Już lepiej. A potem sie zobaczy. Kto tak woła? To wariat. Jego opiekunowie gwałtownie sie starzeją. Interesujące, nieprawdaż? Czy tę panią bije mąż? Mógłbym zobaczyć? A tam, w oddali, co tam się tak ładnie świeci? O, to tylko wojna. I tu znów coś. To rak? Hm, ciekawe. UU, mamo, tu jestem, bezwstydnie wysoko, zamierzasz sikać przez plastikową rurkę? Brawo! Aż się w głowie kręci. Jakież drastyczne kontrasty. Nikt nie wie, po co. Pora na postój. Tak tylko na papierosa. Co sądzi pan doktor? Nie wpadać w panikę. Świetnie, nie wpadam. Czary mary. Pieniądze wychodzą ze ściany. Po dniu nadchodzi noc. Nie mam głowy do liczenia (ani do niczego innego, ona służy mi jedynie do patrzenia i słuchania, natomiast żadne procesy w niej nie zachodzą), więc nie wiem, którą była miniona, którą będzie następna. Od jakiegoś czasu, w porze świtu, patrzę, jak młode światło wydobywa z mroku przedmioty, wytężam wzrok - jeśli zobaczę w przeciwległym kącie sypialni samego siebie, będzie to znak, że wycieczka dobiega końca. Czekam na tę chwilę z radosna niecierpliwością. Czekam na koniec, lekkomyślnie bez bezpiecznych środków. Koniec życia, podwójnego, potrójnego, podziesiątnego(czy tak?). Mięso, skóra brzoskwiniowa, całe w skurczach i dreszczach, po których rozpoznaje się życie, zapakowane w papier, wtulone weń, wysysające zeń treści, nigdy, niestety, dobrze nie przetrawione. To po dziadkach jest to opakowanie. Wnuczę, dziedzicznie obciążone, nosiciel najgorszych cech rodu, drzemiących przez całe pokolenia, by się ożywić w ostatnim fajerwerku. O, it's me. Ich cudowne szkodliwe dobro(lepsze to, niż szkodliwe zło {bo szkodliwe jest wszystko - cała ziemia, cały kosmos na nas przecież dybie, żeby nas stuknąć, napromieniować, chuchnąć w twarz rakotwórczo itd}). Zamienili mnie w księcia (dziś, biedny ja, w żabę się zamieniam), rozbestwili, rozpuścili. Ze swej strony, w zamian za pieszczotliwe przemowy i wszelkie dobra, musiałem spełnić tylko dwa, a właściwie trzy warunki: trzeba mi było być nieskazitelnie czystym, musiałem traktować książki jak najświętsze relikwie i nie było mowy o grymasach nad zupą mleczną z kożuchami (ta ostatnia sprawa związana była z dziadkiem, którego wszelkie przejawy niechęci do jedzenia doprowadzały do szewskiej pasji zmieszanej z białą gorączką, tkwiło w nim bowiem bolesne wspomnienie lat wojny i pobytu w hitlerowskim obozie, gdzie wyczarowanie cebuli sprawiało nieporównywalną z niczym radość). Istniała między nami niezwykle silna więź i swoje, częste na szczęście, pobyty w ich cudownym, zawsze pełnym najprzeróżniejszych gości domu, stanowią najczarowniejsze wspomnienie. Właściwie do dziś, mimo że nie żyją już od lat, odczuwam brak ich towarzystwa. I teraz chętnie bym odwiedził tamten dom, ostatni w rodzinie tak bardzo wypełniony sredecznością, ciepłem i prwadziwym, niespiesznym życiem... Ale cóż, nic tamtych lat nie przywróci, nie odczaruje ich z przedmiotów, jakie przywędrowały pod mój dach, którymi jakoś nikt poza mną nie chciał się zainteresować, kiedy przyszło do smutnej likwidacji mieszkania po zmarłych.     Od jakiegoś czasu żyjemy w świecie, gdzie dobre jest to, co nowe, co podyktowane przez kapryśne mody. Niemal wszystko cechuje dziś nietrwałość, rzeczy, w jakie się zaopatrujemy, szybko stają się bezwartościowymi gratami zasługującymi na smietnik. Ja natomiast lubię wszystko, co stare, solidne, co potrafi oprzeć się czasowi, co w chwili wytwarzania było przewidziane na wieki. Tkwię więc pośród starodawnych ciężkich szaf, komód, kredensów, przesiaduję przy biurku, przy którym pracował mój dziadek, a godziny odmierza mi, niezbyt dokładnie, co akurat wcale mnie nie martwi, bo nikt poza mną samym nie dysponuje moim czasem, którego nie liczę skrupulatnie, stary, należący jeszcze do pradziadka, dziwnie żywotny zegar szafkowy (to wzruszające, że nakręcam go tym samym kluczem, którym robił to on, gdzies tam w zamierzchłych i jakże odmiennych czasach - stary, cudowny, wąsaty hulaka o niespożytych siłach, długowieczny ponad wszelką przyzwoitość). Wszystkie te rzeczy przesiąknięte są duchem ludzi, którzy przyczynili się do tego osobliwego, dwuznacznego "daru", jakim jest moje, rozpryśnięte na tysiąc kawałków życie. Stanowią coś trwałego, są czymś, co towarzyszy mi odkąd pamiętam:to samo nieusuwalne skrzypienie drzwiczek szafy, utrwalony w jakiś cudowny sposób zapach zwietrzałej kawy w starym, przepastnym kredensie, czarodziejskie lustro wyposażone w skrzydełka pozwalające powielać odbicie w nieskończoność, w sobie tylko znany sposób potrafiące odmładzać przeglądające się w nim oblicza. No i są książki - skarb mojej babki, jej wielka miłość (tak, obie babki były wspaniałe - jedna rozczytana i marzycielska, druga z wielkim apetytem, święta i występna zarazem, obie z kolekcjonerską żyłką: jedna zbierała makulaturę, druga porcelanę ozdobioną pstrokatymi smokami). Lwią część jej zbioru upakowałem u siebie po kątach i wzbogacam go - do niedawna w sposób nieopanowany- o kolejne pozycje. (Boję się, że któregoś dnia wpadnę z tą całą graciarnią do sąsiadki piętro niżej... A swoja drogą zastanawiam się, co się z tym pamiątkarskim składem stanie, gdy zrobi mi się kuku? Wszystko przewidziałem dla swojego małego chrześniaka - niech się modli o moją rychłą śmierć, bo gdy życie zabierze mi sporo czasu, zjem wszystko i pozostanie tylko to, co może nie wzbudzić w nim głębszego zainteresowania, czyli te właśnie, dziś raczej dodatkowe, pamiątki. Bo czy będzie go obchodziło, kim jest, skąd? Czy zdołam zainteresować go podbarwioną historią rodziny? Widzę z przykrością, że wyrasta na takiego plastikowego chwaścika. Chyba nie będzie chciał słuchać tego całego bajania, o które zawsze się dopraszałem, co dziadkowie przyjmowali z zachwytem, gotowi gawędzić do świtu. Jak długo da się zatrzymać takich w sumie zwyczajnych umarłych? Bo przecież żywi dają nieśmiertelność albo przynajmniej przedłużają, podsycają żywot innych, jeszcze trochę, poza granicami wyznaczonymi przez dwie daty. Czy uda się to w tym wypadku? Trudno powiedzieć).         Z wielką czułością wspominam wieczory, kiedy to babka snuła swoje opowieści i te zmyślone, i te z życia, z czasów przedwojennych, okupacyjnych i późniejszych, albo gdy rozprawialiśmy o przeczytanych baśniach. Jej wielką miłością była Północ - zaraziła mnie nia absolutnie i stała się  ona później niemal jedynym kierunkiem moich podróży, a przez pewien czas (krótki wprawdzie, ale zawsze) miejscem zamieszkania. Nie mogło więc zabraknąć w naszej przygodzie wielkich nazwisk z tamtego obszaru: Andersena, Selmy Lagerlöf, Topeliusa... I tak to poszło. Północ przywarła do mnie. Ta bliższa, ale także ta najdalsza, do szaleństwa zmrożona- przy okazji znalazło się i miejsce dla najdalszego Południa, równie mroźnego, co miało związek z moimi dziecinnymi marzeniami o byciu polarnikiem. Rozczytywałem się w książkach Centkiewiczów o tych wszystkich Anarukach, Odarpich oraz Barentsach, Franklinach, Hudsonach, Nansenach, Pearych, Nordenskjöldach, pożerałem wielki jak pustak tom - dziennik tragicznej wyprawy Scotta, książki Amundsena, Freuchena... Wszystkim tym rzeczom wiele zawdzięczam, mimo że nie stałem się polarnikiem (chociaż Arktykę odwiedziłem - jako rozchichotany turysta)- bowiem stały się one niejako bramą do podróży znacznie głębszych od opisów bohaterskich dokonań zdobywców i usuwaczy białych plam. Dopadła mnie prawdziwa czytelnicza gorączka, takie wielkie żarcie. Grzebałem, gdzie się tylko dało, w poszukiwaniu zwłaszcza tego, co północne, skandynawskie. Niezliczone stronice przemknęły mi przed oczami, za pośrednictwem których odbywałem dalekie wędrówki poprzez wieki. Rozmawiałem z duchami, a właściwie przysłuchiwałem się tem, co chciały mi przekazać. Wykradałem dużo, zbyt dużo czasu nie zawsze zjawiskowej codzienności, by jak najwięcej obcować z czymś doskonalszym, o wiele ciekawszym, bardziej wytwornie skomponowanych od prawdziwego życia, i by poznawać ludzi w o wiele przyjemniejszy sposób, bez niepotrzebnych uciążliwości i wymagań. Ileż nazwisk się przewinęło: Johan Bojer, Johan Borgen, Torborg Nedreaas, Tarjei Vesaas, Sigurd Hoel, Sigrid Undset, Halldór Laxness, Bjørnstjerne Bjørnson, Alexander Kielland, Jonas Lie, Øivind Bolstad, Olav Duun, Knut Hamsun, August Strindberg, Väinö Linna... Można by tak wymieniać ad infinitum. Potworna mieszanka klimatów, losów, wizji. Wiele rzeczy umknęło w tym natłoku. I właściwie jedyne, co pozostało w pamięci to nastroje, na fali których zresztą, w swej naturze istoty ciążącej ku bezmyślności, lubiłem zawsze pływać. Słysząc tytuł jakiejś dawno temu przeczytanej książki, od razu udaje mi sie przywołać jej atmosferę, wyobrażone miejsca, a nawet twarze oraz, co mnie trochę zadziwia, okoliczności, w jakich oddawałem się lekturze - nieco gorzej jest z problematyką. Niektóre z tych wspomnień cechuje ogromna wyrazistość, podobna do tej, jaka towarzyszy jakimś przełomowym, głęboko tkwiącym w pamięci zdarzeniom... Kiedyś, gdy przepoczwarzałem się dopiero w bezsensownego mola książkowego, natknąłem się na dzieło szczególne: wielką i jedyną powieść pewnego norweskiego przedsiębiorcy z branży tytoniowej, parającego się także dziennikarstwem sportowym. Ów człowiek pisząc tę przesyconą romantyzmem książkę, spełnił w ten sposób marzenie o byciu autorem, powieściopisarzem. Rezultat jego wysiłków okazał się zupełnie bajeczny, bowiem przyniósł mu ogromną sławę i popularność. Stworzone przezeń dzieło doczekało się przekładów na kilkadziesiąt języków i trafiło do rąk milionów, milionów czytelników. I po dziś dzień, choć od jego powstania upłynęło już siedem dekad, pozostaje chętnie wznawianym utworem, więcej- jest w czołówce najpoczytniejszych książek wszechczasów.      Pamiętam doskonale urocze lato spędzane z babką w Beskidach. Gościliśmy w domu jej przyjaciółki- sympatycznym miejscu, szczęśliwie wolnym od nużących rówieśników (zastanawiam się czy młodzieńcza skłonność do towarzystwa osób starszych stanowi typowy rys jedynaków, czy jednak jest tylko pojawiającym się tu i ówdzie wybrykiem, odstępstwem od normy?), mogłem więc swobodnie, bez niepotrzenych zakłóceń wędrować po lesistej okolicy, snuć mgławicowe myśli, zagapiać się i popadać w jakieś bezimienne tęsknoty, wieczorami zaś zasiadać na werandzie, by czytać przy zwabiającej ćmy lampie. To właśnie wtedy- po raz pierwszy i jak dotąd ostatni- przeczytałem ową piękną, poruszającą, pełną fascynujących opisów norweskiej przyrody opowieść o rodzie z Bjørndal. Jej tytuł: "A lasy wiecznie śpiewają", autor: Trygve Gulbranssen. Wielkie, obszerne i rozkosznie, od zawsze staromodne dzieło, zabierające czytelnika w sentymentalną podróż na norweską wieś, hen, daleko, do początków XIX wieku. Dzisiaj nie pamiętam już zbyt wiele z opisanych tam zdarzeń, pozostał jednak po owej wyprawie, zupełnie niesłychanej, niezatarty ślad - smak i nastrój oraz wpisane w pamięć wyczarowane wówczas obrazy. No i klimat wakacyjnych wieczornych seansów czytelniczych... Letnie, lipcowe, wonne noce, szepczące drzewa, jakieś odległe szczekanie psa i przybywający z ciemności skrzydlaci goście zwabieni światłem lampy. Niby nic, a jednak coś na wzór najwspanialszego snu, do którego zawsze chętnie się wraca.    Czasem mnie kusi, by wrócić do tej powieści, tym bardziej, że jakis czas temu kupiłem w antykwariacie dobrze utrzymane, czarujące jej przedwojenne wydanie. Ale może wstrzymam się jeszcze...    Warto polecić innym tę książkę, bo chyba każdego potrafi ona zachwycić. To niezapomniane przeżycie. I nic dziwnego, że podbiła serca ludzi na całym świecie. Niektórzy tylko ubolewają, że jest ona głównym "winowajcą" odpowiedzialnym za dość mylne wyobrażenie o lit. norw., jakie tu czy tam jeszcze pokutuje w umysłach, które ktoś streścił w kilku słowach: taushet, snø, kulde og mørke grantrær (milczenie, śnieg, chłód i mroczne świerkowe lasy)...       www.trygvegulbranssen.no

Niedziela, po której (co za zaskoczenie) przyjdzie poniedziałek

kiljan.halldorsson

 Siedzę już chyba z godzinę przy tym idiotycznym komputerze i gapię się bezmyślnie w monitor. Patrzę na jakieś przypadkowe głupstwa wyławiane z bajorka zwanego Internetem: obrazki z Georgii Południowej, fotki obnażonych panów, blog jakiejś pannicy z Akureyri, wyznania miłośników białych skarpet (i takie rzeczy się zdarzają)..., wszystko po to, by zrobić coś okropnego - mianowicie zabić czas. Nie mam dziś lepszych pomysłów. Nie ma mowy, bym mógł się dziś skupić nad czymś sensownym... Moje życie oblepił gnój, a jego warstwa zdaje się narastać. Znowu rozbrzmiewa wokół mnie słowo, od którego włosy stają mi dęba - brzmi ono "szpital". Tym razem przyszła kolej na matkę. Wykryto u niej coś niepokojącego i jutro ma zgłosić się do miejsca o wyżej wymienionej nazwie, gdzie mają ją gruntownie przebadać. Dopiero wczoraj mi o tym powiedziała, tak ogólnikowo... Robi mi się niedobrze. Niepokoję się i o nią, i o siebie, bo jeśli przyszłość szykuje mi "atrakcje", w jakich o tej porze zeszłego roku nurzałem się po uszy, to nie wiem doprawdy czy starczy mi sił. To wszystko jest nie na moje nerwy.

 Życie to ciąg historyjek, a każda z nich innego jest gatunku: wszystko zazwyczaj zaczyna się urokliwą sielanką, potem robi się melodramatycznie, a czasem nawet sensacyjnie, wreszcie przychodzi czas na toporny medical thriller.

 Jestem tak naprawdę człowiekiem na pogodę, na beztroskę, na śmiech - w takich warunkach zawsze funkcjonowałem bez zarzutu. Mrok mnie paraliżuje. Za delikatny jestem na bliskie spotkania z upiorami. Wtedy każdy krok powoduje nieznośny ból i muszę mocno zaciskać zęby. Wolę przeżywać cudze radości, sukcesy; z cudzymi nieszczęściami radzę sobie fatalnie, za bardzo mnie duszą.

 Przez lata udawało mi się wieść życie, bo ja wiem - jakiejś egzotycznej rośliny, wymagającej cieplarni, uwagi i troski, za którą, w nagrodę, radośnie rozkwitałem. Każdy dzień, bez względu na pogodę, był słoneczną niedzielą. Dziś natomiast pełno jest jakichś piątków, czwartków, wtorków i czego tam jeszcze, a ja zamieniłem się w zwykłą kapustę, która szczęśliwie może opłacić sobie pobyt na - zaraz, zaraz: Merkury, Wenus, Ziemia - tak, na trzeciej planecie od Słońca, i tyle.

 Potrzeba mi atmosfery szczęścia - bez niej nie potrafię żyć, coś mi się jednak zdaje, że limit owego szczęścia został wyczerpany. Teraz jest najwyraźniej czas na zmaganie się z ohydą i trudno nazwać to życiem... A za oknem kwitną drzewa, na różowo, na biało, i żółci się tak cudnie forsycja. I niebo takie błękitne. Świat jest taki piękny, urzekający i na pierwszy rzut oka zdaje się dziełem na wskroś doskonałym. Niestety, gdy przyjrzeć mu się bardziej wnikliwie, okazuje się czymś postawionym tak na słowo honoru. (Jeśli istnieje jakaś istota, która to wszystko skleciła, nie wiem, co jej przypisać: niedbalstwo, wyrafinowany gust nie idący w parze ze zdolnościami, bestialstwo?) Jest jak rozbity dzbanek posklejany przez kogoś biurowym klejem roślinnym - trzyma się kupy, ale nie sposób podać w nim herbatę...

Ku pogodzie pocztówkowej

kiljan.halldorsson

 Przedwczorajszy dzień przyniósł ze sobą ponure zachmurzenie i chłód. Nie wiem, czy taka aura jest dobra na odwiedziny cmentarne, dla Anny wydała się jednak jak najbardziej odpowiednia. Mówiła, że Adrian, jej brat i mój najlepszy przyjaciel, przyśnił jej się kilka dni temu. Uznała, że powinna go odwiedzić. I zaproponowała mi wspólny spacer. Ukrywając niechęć zgodziłem się. Przyjechała idiotycznie wcześnie, kiedy byłem jeszcze w porannej rozsypce, przyprowadzając na dodatek swoją córeczkę, która nazywa mnie wujkiem i bardzo mnie lubi. (To ciekawe, dziewczynka uwielbia kogoś, kto nie znosi dzieci. Z jakiego powodu ta radość na mój widok? Może ma to przyczynę w tym, że nigdy nie traktowałem jej jak małe dziecko, nie szczebiotałem nad nią jak stare podidiociałe ciotki, nie ciumkałem, nie dziamdziałem infantylnie... W każdym razie dziecina patrzy na mnie jak w obrazek, jest niespotykanie grzeczna i z najwyższą ostrożnością bawi się bibelotami, od jakich roi się w moim domu. {Czasem coś jej się wyjątkowo spodoba i rodzi się w niej chęć posiadania. Daje nieśmiałe sygnały. A ja, wujek okropny, jeśli stwierdzam, że rzecz nie grzeszy wartością, łaskawie owe sygnały dostrzegam.}). Zaparzyłem herbatę, żeby jakoś urozmaicić im czas oczekiwania na finał moich przygotowań do wyjścia. Dowiaduję się przy okazji o jakichś mało istotnych rzeczach. Kogoś tam widziała, ktoś gdzieś wyjechał, a ona sama wzięła sobie parę dni urlopu...

 Od dnia pogrzebu nie byłem na cmentarzu. I, prawdę mówiąc, wcale się tam nie wybierałem. I nie ma to nic wspólnego z jakąś próbą wymazywania czegokolwiek z pamięci. To nie jest możliwe. Wszystko, co stanowi jego pamiątkę, jest ze mną na codzień. Pamiątkę życia - jeśli tak można się wyrazić. Cmentarz nie ma nic wspólnego z życiem i jest miejscem dla mnie kompletnie niezrozumiałym. To okazywanie pamięci, zwłaszcza od wielkiego dzwonu, te prezentowane ludziom postronnym zamożności, odmierzane metrami kwadratowymi rozmaitych kosztownych skał, głazów, układanych wedle wskazówek kapryśnych mód nawiedzających wioskę. Nie pojmuję tego. Człowiek znika, i tyle. Nic nie jest w stanie go przywrócić. Staje się wspomnieniem, myślową zabawą. I nie ma jednego miejsca, w którym można by go odwiedzić. Znam setki miejsc, w których zbliżam się do tych, co odeszli. Cmentarze do nich się nie zaliczają - są bowiem tylko pozbawionym smaku rumowiskiem skalnym skrywjącym całą potworność pośmiertnej zgnilizny. Widać jednak ludzie koniecznie muszą coś po sobie pozostawiać. Chcą, by choć ich nazwy tkwiły na widoku, licho wie po co. Ja w każym razie wydam dyspozycję: po śmierci spalić i ładnie rozsypać na wietrze (tylko uwaga na oczy).

 Powiozła mnie swoim czerwonym autkiem ku nekropolii. Zrobiło się nieprzyjemnie, szare niebo popuściło na nas trochę wody. Odbyliśmy dość długą przechadzkę. Powietrze pachniało nawet całkiem przyjemnie. Stanęliśmy wreszcie nad grobem. Nie do wiary. Gdyby on mógł to widzieć. Pękalibyśmy ze śmiechu... Przyniosłem żonkile, Anka natomiast wydobyła z torby jakieś wielkanocne zabawki. Zaczęła to wszystko układać, coś tam wycierać. A dziewczynka z ochotą podpalała knot znicza, zużywając przy tym całe pudełko zapałek. Potem przyszedł czas na odegranie skupienia, ale niewiele z tego skupienia wyszło, bo obok doszło do gorszącej sceny. Jacyś ludzie wykonywali drobną pracę przy jednym z nagrobków i wszystko byłoby dobrze, gdyby na miejscu nie pojawił się właściciel sąsiedniej, połyskującej konstrukcji. Doszło do awantury, bo ów przybyły właściciel oskarżył pracujących panów o uszkodzenie jego ponurego skarbu. Pyskówka szybko się rozkręciła - mężczyźni wyzywali się od skurwysynów i chujów jebanych... I było po zadumie. Ot, cmentarz - śmierć zamieniona w bzdurę, podobną do tej, w jakiej ludzie pogrążają się z upodobaniem każdego dnia, tam, poza jego murami... 

 Nadeszła pora powrotu. Zostawiliśmy za sobą smutne resztki, nad którymi sterczał symbol religii, religii dekoracyjnej, rozkochanej we frędzlach, złotych niciach i pierścieniach, udającej z całej siły, że radzi sobie z ludzkim cierpieniem. Przykre to wszystko. Próżne są jednak wszelkie żale. Życie jest straszne. Jest sytuacją bez wyjścia. Jego koniec jest katastrofą. Jego przebieg to ciągłe ponoszenie strat. Śmiertelne w każdym momencie. Pociesza mnie jedynie, że potem nie ma już nic. W to wierzę z całą mocą. Bo gdyby miało być inaczej, sytuacja byłaby absurdalna ponad wszelką miarę. Poza grobem jest tylko jedno życie - to, w którym bierzemy udział. Ciągle to samo, choć w przeróżnych odsłonach i zmiennych dekoracjach... Wiara w prywatną nieśmiertelność mnie zdumiewa...

 Ponura wycieczka w ponury dzień. Anka mi dziękuje. Za co? Za to, że tak wiele pomogłem, wtedy... Wprawia mnie w zakłopotanie. Jakże mógłbym postąpić inaczej? Może wpadłbym w drugi dzień świąt? Będzie u mamy. Ucieszy się, gdy przyjdę. Niczego nie obiecuję. A tak w ogóle, co się dzieje? Zniknąłem tak jakoś. Cóż odpowiedzieć? Spadam na łeb. Boję się szaleństwa. Prawdopodobnie któregoś dnia się zastrzelę (dobre sobie, nie umiałbym chyba zdobyć broni palnej, kto wie zatem, czy nie będę zmuszony do działań mniej wytwornych). Co ja wygaduję? Nic, tak sobie ponuro żartuję. Nie ma obawy. Wszystko zawsze jest jak trzeba. Życie zawsze trwa dopóki jest możliwe. Ani chwili dłużej. Jedna rzecz tylko strasznie mnie boli. Przyszła kiedyś dziwna chwila, trudno powiedzieć kiedy... Naraz straciłem słowa, z którymi kiedyś wiązałem tak wiele nadziei. Odeszły. Z trudem na nowo uczę się mówić, pisać... Nie mam nawet możliwości, by ogarniający mnie smutek uczynić sobie drogim... Po prostu się duszę. Okropne to wszystko. Stworzenie świata jest sprawą kryminalną...

 Ponury dzień dobiegał wreszcie końca. Powiało nawet wiosenną wesołością. Przez chmury przebiło się słońce. Szło na pogodę pocztówkową. Potem nastała noc, już całkiem bezchmurna, oczyszczona wiatrem, z gwiazdami na wysoki połysk... Wiosna, wiosna. Choć tyle. Jeszcze trochę i wszystko się zazieleni. Jeszcze trochę i znów nadejdą czerwcowe świty...

 

 

Tak na marginesie. Skoro było cmentarnie... Oscar Wilde zapytany o to, jaki napis chciałby mieć na nagrobku, odpowiedział: Gdy będziemy już leżeć w naszych grobowcach z porfiru i gdy zagrzmią trąby Sądu Ostatecznego, odwrócę się i zawołam: Robbie, Robbie, udawajmy, że tego nie słyszymy!

/Robbie to naturalnie Robert Ross, przyjaciel i wykonawca literackiego testamentu Wilde'a/

Rura

kiljan.halldorsson

 W samą porę wróciłem wczoraj do domu. Jeszcze trochę, a miałbym w kuchni potop. Mieszkająca nade mną pani myła sobie spokojnie gary, bez świadomości, że wszystko, co znika w odpływie jej zlewu, w moim tworzyło mały gejzer. Gdzieś pode mną zatkała się rura. Zaalarmowana sąsiadka strasznie się przejęła. Zapewniałem ją, że nic wielkiego się nie stało, ale i tak przybiegła do mnie, by się upewnić tak na sto procent. Wyprzepraszała mnie kobiecina na dziesiątą stronę, zupełnie niepotrzebnie, bo skąd mogła wiedzieć. "Jutro przyjdzie hydraulik i będzie po kłopocie."

 Jak zapowiedziałem, tak się stało. (Czary czy co?) Zjawiła się ekipa dwuosobowa. Stary fachowiec z młodziutkim, czarnowłosym pomocnikiem. Stary znał się na rzeczy - rury były jego światem. Dowiedziałem się od niego zupełnie nisłychanych rzeczy o kanalizacji i wodociągach. Opisał mi też mnóstwo cudzych kuchni i łazienek. No i dowiedziałem się, do jakich wniosków doszedł ów fachowiec po wieloletnich obserwacjach: "Wie pan, ludzie to jednak gnoje są". Ach, wygadał się chłopina chyba za wszystkie czasy - miał w końcu cierpliwego słuchacza, który wtrącał tylko: co pan powie?, naprawdę?, nigdy bym nie przypuszczał. Wreszcie, po tej solidnej porcji informacji i garści refleksji o ludzkiej naturze oraz po wypaleniu stosownej liczby papierosów "Męskich" (poczęstował mnie nawet jednym i muszę powiedzieć, że ledwie uszedłem z życiem) przyszedł czas na pracę. Trzeba przyznać, zabrał się za przetykanie rury z wielkim poświęceniem. Solidnie się wypaprał. Przy okazji podenerwował się trochę na swojego pomocnika, który, ku mojemu zachwytowi, w ogóle nie przejawiał zainteresowania pracą. Zaabsorbowały go natomiast moje psy, które natychmiast go polubiły. On je głaskał, te stare rozbestwione pieszczochy, a one patrzyły mu w oczy z niebywałym zachwytem. Cudny, śniady młodzieniec, o pięknych, smukłych kolanach, czule przemawiający do małych zwierzątek. Miałem ochotę go ucałować. Uwielbiam ludzi, którzy, będąc w pracy, mają ochotę na wszystko, tylko nie na pracę. (Biedaczysko, musiał się jednak troszkę ubrudzić, i widziałem jak wielki ból mu to sprawiło. Mył sobie potem ręce bardzo skrupulatnie, sprawdzając czy nie zostały na nich jakieś wstydliwe ślady. A stary przetykacz ledwie przetartymi paluchami sięgnął zaraz po kolejnego "męskiego" cumelka). 

Przedświąteczne odszczurzanie

kiljan.halldorsson

 Pierwsza wiosenna pełnia, a więc Wielkanoc za pasem. Wczoraj, a może przedwczoraj - strasznie trudno idzie mi lokowanie w czasie zdarzeń nieodległych - wierni nabożnie spacerowali pod oknami z podniosłą piosenką na ustach. (Czy można mieć piosenkę na ustach? Sam już nie wiem. Ale tak, wszystko dlatego, że tracę powoli resztki rozumu.) Szli z otwartym ogniem eskortowani przez policję. Było jak zwykle widowiskowo. Strumyk ogników podążających za przewodnikiem. Od razu zrobiło się świątecznie. Świąt wprawdzie nie obchodzę, ale jakoś nastrój się udziela. Chociaż... no tak, pewnie i tym razem stłamszę zębami ugotowany na śmierć symbol życia skrupulatnie poświęcony; to za sprawą mojej mamy. Ona przechodzi sezonowe nawrócenia. Za tydzień, w Wielką Sobotę, popędzi z żywnością otuloną w koronki do kościoła. Tak dla tradycji. A po południu wparuje do mnie z hałasem, z jajeczno-kiełbasianym darem. O bogowie! No i jescze pewnie trzeba będzie odbębnić jakąś nasiadówkę z krewniakami... Tak, coś się szykuje na poniedziałek. Coś... Popołudnie żywych trupów.

 A póki co porządki. Wiosenne porządki. Rano słońce trzasnęło mi po oknach ostrymi promieniami i obnażyło na nich makabryczny brud. Musiałem już coś z tym zrobić. Ściera poszła w ruch. Rozpędziłem się w tym porządkowaniu aż miło. Moje gniazdko zalśniło. Odkurzone, odrobaczone, odszczurzone. Poradziłem sobie nawet z balkonem... Balkon. Cholera, lubię dokarmiać ptaszki. Nie mogę powiedzieć, by one jakoś szczególnie odwdzięczały się za moje dobre serce. Srają, diabły, gdzie popadnie. Pobawiłem się więc dziś trochę w zbieracza guana. Okropność. Na przyszłą zimę zamknę chyba stołówkę. Nie ma rady. (Do licha, jakie plany - na przyszłą zimę. Nie wypada, zbieraczu gówna, to nieprzyzwoite.)

Dziecko (Steinn Steinarr)

kiljan.halldorsson

 Pora coś napisać. Hm... tylko co? Jakieś osobiste głupstwa? E, nie, nie dzisiaj. Za oknem jest zbyt ładna pogoda. Może więc jakiś wierszyk? Tak, dlaczego nie? A zatem wierszyk. Tylko jaki? Może coś z mojej ukochanej Islandii? Niech będzie. Na początek garść informacji o poecie. Steinn Steinarr (właśc. Aðalsteinn Kristmundsson) przyszedł na świat w 1908 roku. Pochodził z rodziny proletariackiej. Nie miał pełnego wykształcenia. Długi czas był bezrobotny. Zadebiutował (1934) tomikiem wierszy "Rauður loginn brann" (Palił się czerwony płomień). Pisał w nim o bezrobociu, głodzie, nędzy robotników, pełen wiary w rewolucję i przyszłość ludu. Do zagadnień społecznych powracał także w późniejszej twórczości, choć już bez głębszej wiary w radykalną zmianę krytykowanej rzeczywistości. Nie brak też w jego dorobku liryki osobistej, często zabarwionej nihilizmem. Opublikował m. in. "Spor í sandi" (Ślad na piasku), "Ferð án fyrirheits" (Podróż bez obietnic), "Tíminn og vatnið" (Czas i woda)... Zmarł 25 maja 1958 w Reykjaviku.     Jakiś czas temu natknąłem się na jego wiersz "Barn" (Dziecko). Podoba mi się jego urzekająca prostota. Utwór opowiada o tym, jak niepostrzeżenie mija czas, jak nas zmienia, i jak nam samym trudno to dostrzec. Ciągle właściwie jesteśmy dziećmi, przez całe życie, choć inni sądzą inaczej... Byłem małym dzieckiem bawiącym się nad brzegiem morza... Wtedy, gdy inni nie mieli co do tego wątpliwości. I wtedy, gdy dziewczęta z blond włosami kusząco szeptały widząc we mnie młodzieńca. I wtedy, gdy inne, roześmiane dzieci zawołały: dobry wieczór, staruszku, dobry wieczór...

         BARN

Ég var lítið barn

og ég lék mér við ströndina.

Tveir dökkklæddir menn

gengu fram hjá

og heilsuðu:

Góðan dag, litla barn,

góðan dag!

          Ég var lítið barn

          og ég lék mér við ströndina.

          Tvær ljóshærðar stúlkur

          gengu fram hjá

          og hvísluðu:

          Komdu með, ungi maður,

          komdu með!

Ég var lítið barn

og ég lék mér við ströndina.

Tvö hlæjandi börn

gengu fram hjá

og kölluðu:

Gott kvöld, gamli maður,

gott kvöld.

                    STEINN STEINARR

Dni z Oskarem (chaotyczny ciąg dalszy)

kiljan.halldorsson
Trudno byłoby znaleźć drugiego twórcę literatury mogącego stanąć z autorem "Portretu Doriana Graya" w zawody, jeśli idzie o sławę, a także życiową katastrofę. Jego życie, któremu, jak zapewniał, oddał swój geniusz (dla dzieł zachował jedynie swój talent) ułożyło się w nieprzeciętną i wstrząsającą opowieść, prawdziwie grecką tragedię w dziewiętnastowiecznym kostiumie.

Dni z Oskarem

kiljan.halldorsson

 Ostatnio nic nie robię, tylko choruję. To nie jest dobre. Wolę nic nie robić i nie chorować. A wszystko przez to, że mamie udało się wyciągnąć mnie na koncert. Miała wolny bilet, bo jej przyjaciel nie dał namówić się na wyjście, jakiś czas temu uległ bowiem drobnemu wypadkowi, złamał rękę i najwyraźniej jest zdania, że obnoszenie się ze swoim kalectwem to gruba niestosowność. Tak - podstarzały fircyk, co zawsze musi być doskonały. Bywalcy, nawet mu nieznani, pod żadnym pozorem nie mogą oglądać go w takiej niedyspozycji, z czymś tak trywialnym jak gips na ręce! W końcu, Boże drogi, ludzie jego pokroju nie łamią rąk!  Niektórzy bywalcy jednak pozwalają sobie na o wiele większe niestosowności - pozbawieni wyobraźni pakują się wszędzie, nawet wówczas, gdy noszą w sobie jakąś zarazę. Siedziałem właśnie koło takiego kulturalnego bydlęcia, które przez cały wieczór pokasływało i chrząkało. Doprawdy, miałem w pewnym momencie ochotę wstać i wyrżnąć go w ten zainfekowany ryj. Oczami wyobraźni już widziałem siebie rozbieranego przez parszywego wirusa. I nie pomyliłem się. Dwa dni później byłem gotowy. Znowu, do cholery...   W sumie jednak wieczór był udany. Już dawno nigdzie nie pokazywałem się ze swoją mamą, chętnie więc skorzystałem z okazji. Bo w końcu, czemu nie? Nasze kontakty tak bardzo się rozluźniły... Ma to jednak swoją dobrą stronę, bo jeśli przebywamy razem, zawsze towarzyszy nam świąteczny nastrój - jemy zazwyczaj coś wyszukanego, na sobie mamy takież stroje i robimy mnóstwo ceregieli, przez co chwila staje się nad wyraz podniosła. Nie ma mowy o awanturach, wśród których żyliśmy w czasach, gdy jeszcze, z ledwie obecnym ojcem do spółki, usiłowaliśmy tworzyć coś na kształt rodziny, a z czego wyrosło coś ponurego, monstrualnego, karykaturalnego (tak, po tego rodzaju szkole sam mogę też tylko tworzyć karykaturę życia). Rzecz jasna już nigdy nie uda nam się odbudować głębszej więzi, nie pojawi się zaufanie - popełniliśmy wszyscy zbyt wiele błędów, o naprawieniu których nie ma nawet co myśleć - nie zmienimy się. Bywa jednak tak, że gdy ludzie opróżnią już wszystkie kubły z pomyjami a ich pomysłowość w wyszukiwaniu kolejnych obelg osiągnie granicę swych możliwości, następuje pogodne, podszyte rezygnacją zawieszenie broni. Rodzi się cierpka przyjaźń. Przynajmniej z mojej strony jest ona przesycona cierpkością, bo w niej jeszcze pewnie pali się ten żar matczynej miłości, przed którym czasem człowiek ledwie uchodzi z życiem... Z pewnością martwi ją wielce, że nie miałem ochoty robić w życiu tego, na co sama ochoty nie miała. Tak to bywa. I coż poza tym. Z pewnością dla każdej matki obraz dziecka staczającego się w przepaść stanowi największy ból jej życia. Tak, tak, to śmieszne życie, jakim jestem, skończy się straszliwie. W każdym razie takie mam przeczucie... Ona naturalnie broni się przed tym na swój sposób. Żyje w fikcji. Ciągle mnie sobie jakoś pocieszająco wymyśla. To oczywiście drażni. Ale nic na to poradzić nie można. Zazwyczaj udajemy, że wszystko jest w porządku. Ja - ten prawdziwy - ledwie istnieję. Najważniejsze, że zawsze może liczyć na moją pomoc. Udało jej się wycisnąć z siebie kogoś z sumieniem. Choć tyle. Nie dla takich zło jest przeznaczone. Najmniejsza krzywda wyrządzona komuś zawsze spycha mnie w mrok piekielnych wyrzutów. I byłoby doskonale, gdyby mojego nieszczęścia nie traktowała... hm, żeby go w ogóle nie traktowała. Życie nie bierze się z wydumania, więc nie ma sprawy. Skoro się pojawia, musi się rozwinąć, lepiej lub gorzej, na dłuższy czas albo tylko na chwilę. Wszystko jedno... Zanim poszliśmy się ukulturalnić, zaprosiłem ją do siebie na naparstek pobudzającej kawy i nasze ulubione bezy, po które specjalnie pobiegłem wcześniej na drugi koniec miasta. Para znajomych po idiotycznych przejściach. Przy nieopatrznym dotknięciu kwestii drażliwych nastawiam się na milczenie. Ani słowa. Dziś możemy jeść razem ciastka albo pójść na wódkę z jej przyjaciółmi, którzy z jakiejś dziwnej przyczyny mnie uwielbiają, co ją niezmiernie cieszy... I poszliśmy w drogę... Jak się okazało po nowego wirusa... Ją też nieźle dopadło. No i cześć.

 Przeczekiwałem smarkanie w towarzystwie Oskara Wilde'a. Przekartkowałem opowieść Parandowskiego "Król życia", powróciłem też do przepięknej i wnikliwej biografii pióra Hesketha Pearsona oraz do tomu listów samego Wilde'a "Nic nie mogło być inaczej" i książki Trevora Fishera "Oskar Wilde i Bosie. Fatalna namiętność". Tak, ale o tym może później... Dziś nie chce mi się już pisać, bo nic się jakoś nie klei... Nawet nie przypuszczałem, że prowadzenie bloga to taka nużąca rzecz. Podejrzewam, że tego rodzaju działalność jest dobra dla ludzi ciągle czymś zajętych, mają oni bowiem zaskakującą zdolność do znajdowania czasu na wszystko. Ja nie jestem człowiekiem zajętym, nie mam więc zbyt wiele czasu do wygospodarowania. Dyscyplina jest zjawiskiem najzupełniej mi obcym...

 Zatem o Oskarze napiszę jutro. Albo za miesiąc.

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci