Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Pociąg i olbrzym (cd. dalszego ciągu)

kiljan.halldorsson

 Duch. Czym jest duch? Nie, nie będę niczego wymyślać, nie mam do tego głowy. Najlepszym rozwiązaniem będzie chyba sięgnięcie po słownik. Popatrzmy, co też zacni autorzy owego użytecznego dzieła mają w tym temacie do powiedzenia... Litera "D", "duch" - ileż znaczeń: energia psychiczna; podstawowy pierwiastek niematerialny, o którym rozwodzi się filozofia idealistyczna; byt osobowy niematerialny (wg religijnych, mitologicznych i teozoficznych pojęć); zjawa, widmo, upiór, istota bezcielesna (wg mniemań ludowych i spirytystów)... Spójrzmy jeszcze na duszę... Znaczenie pierwsze - ogół właściwości, dyspozycji psychicznych... Patrzmy dalej - ach, człowiek uczy się całe życie - oto dowiaduję się, że dusza to wolna przestrzeń między biegami schodów. Fascynujące! Mieszkam na drugim piętrze i codziennie korzystam ze schodów. Od dziś każde wyjście z domu oraz każdy doń powrót niezawodnie nabiorą swoistego uroku. I co tu jeszcze mamy... Dusza człowiek - człowiek bardzo szczery, serdeczny, dobry (hm, towarzystwo kogoś takiego musi być szalenie męczące). Dusza, coś, co siedzi w środku: rozgrzana sztabka żelaza umieszczana we wnętrzu staroświeckiego żelazka; rdzeń w łodygach roślin; drewniany klocek we wnętrzu instrumentu smyczkowego; element liny, wokół którego skręcone są sploty tejże... Jakie to wszystko ciekawe... No i jest jeszcze dusza w człowieku, ten osobliwy składnik. Nie wiadomo do końca, co to takiego, ale przekonanie, że każdy ją ma (choć może bardziej pasowałoby, że każdy nią jest) stanowi dość powszechne zjawisko. Miejsce jej pobytu, podejrzewam, nie jest do końca ustalone, chociaż wydaje się, że najchętniej lokuje się ją w głowie, a ściślej - w niezbyt apetycznie wyglądającej grudce zwanej mózgiem. Być może ci, co tak twierdzą, mają rację. Niech będzie, że tam mieści się jej mieszkanie będące jednocześnie punktem wypadowym- dusza bowiem lubi czasem powędrować, o czym informują porzekadła: a to zjechać do nóg, by przycupnąć w piętach, a to wyjść na powietrze i przysiąść na ramieniu, gdy przebywanie wewnątrz organizmu uzna za nazbyt ryzykowne. Dusza, licho wie co. Pierwiastek w człowieku, ożywiający ciało i opuszczający je definitywnie w chwili śmierci. Drobna iskierka wnikająca w małą śluzowatą istotkę, zdolna rozpalić się z czasem (w sprzyjających warunkach) w straszydło beznadziejnie zaplątane w zjawisko, zjawisko przeraźliwie kruche, bolesne, wymagające nieustannej opieki, narażone na wszelkiego rodzaju nieprzyjemności. Straszydło - a właściwie coś, co stanowi materiał na owo, straszone póki co przez zamieszkiwany przezeń twór przeobrażający się z niezłomną konsekwencją w schorowaną ruderę.

 Spotkać widmo, upiora - emocjonująca, niewinna i krótkotrwała igraszka. Niczym jest takie zdarzenie wobec powolnego budzenia się wewnątrz żywego zwierzęcia. Duch, nim nabierze krzepy do złowrogich jęków i podzwaniania łańcuchami, nim stanie się istotą straszącą, musi (jak diabli musi) wpierw pobyć trochę w kostiumie zawsze trochę przyciasnym i w gruncie rzeczy przerażającym. Człowiek żywy to duch straszony, człowiek martwy to duch straszący. Sytuacja człowieka żywego jest po stokroć trudniejsza - to jeden wielki lęk. Ileż musi się on natudzić i nabać, by awansować w końcu na stanowisko widma czy tajemniczego, bladego światełka nad bagniskiem

CDN

Pociąg i olbrzym (ciąg dalszy)

kiljan.halldorsson

 Są ludzie, którym bardzo leży na sercu rozwikłanie zagadki narodzin wszechświata. Nie jestem pewien, ale dziś chyba przeważa głos zwolenników malowniczej teorii o Wielkim Wybuchu, do której sam nastawiony jestem przyjaźnie, co ma związek z moim zamiłowaniem do fajerwerków. Człowiek, mówią czasem, też jest swego rodzaju wszechświatem, jakąś niezmierzoną głębią, ale on powstaje w znacznie mniej spektakularny sposób. Na początku jest wprawdzie fajerwerk (o szalenie przecenianych urokach, mało jednak efektowny), jednak dalsza część owego początku przedstawia się mało zachęcająco, wszak człowiek, jak każde inne bydlę, zaczyna swą "przygodę" wśród podrobów, a na powietrze jest zwyczajnie wydalany przy wydatnej pomocy tłoczni brzusznej, jakże zbawiennej w trakcie opróżniania (zwłaszcza utrudnionego) bańki odbytnicy czy pęcherza.

 W taki to nieprzyjemny sposób ze stanu, o którym niczego złego powiedzieć nie potrafię, zostałem wyrwany i rzucony w pełne zwodniczego uroku zapadlisko. Ciągle jest jeszcze sporo ludzi żywiących przekonanie, że owo zapadlisko zostało stworzone przez jakiegoś Boga - zdaje się tego samego, o którego wielkiej, wręcz wstrząsającej miłości opowiadał mi szpitalny ksiądz. Ci sami ludzie dostrzegają też w rozmaitych zjawiskach działanie istoty, o której mówią, że jest zła. Owa istota to Diabeł, zdolny opętać człowieka i zmusić go do robienia nieprzyzwoitych rzeczy. Podliczając potworności, z jakimi dane mi było się zetknąć w życiu i na lekcjach historii, muszę przyznać, że ten rogaty stwór jest niesłychanie skuteczny, zdolny, przedsiębiorczy, pomysłowy i o wiele bardziej pracowity od swojego równie nadprzyrodzonego Kolegi... To zastanawiające. Jak bardzo ów Kolega jest nieobecny. Czemu ciągle przebywa w ukryciu, czemu tak często pozostaje głuchy? Ale nie... Może jest zupełnie inaczej, może nie ma sensu rozdzielać tych zagadkowych postaci? Może po prostu stanowią jedno? Czy stworzenie czegoś tak niesłychanego jak świat nie jest przypadkiem efektem pracy opętanego? A ta głuchota Najwyższego - czy rzeczywiście posądzanie Go o nią jest słuszne? Wszak tyle modlitw zostało jednak wysłuchanych, tyle pragnień spełnionych... Świat jest niczym innym, jak tylko grzęzawiskiem malowniczo - zuchwałych snów złośliwie zamienionych w rzeczywistość, nawiedzanym dodatkowo przez rozmaite plagi, pewnie po to, by ci, którzy mimo wszystko zdołali zadomowić się na jakiejś w miarę suchej kępie, nie poczuli się zanadto pewni siebie.

CDN

Pociąg i olbrzym

kiljan.halldorsson

 Ludzie mówią, że to miłość nakłania ich do uprawiania swoistych zapasów, w efekcie których na świecie pojawiają się małe, ohydne, modrookie stworki przeradzające się z czasem w pięknych zazwyczaj mężczyzn, bądź w groteskowe, choć niekiedy dekoracyjne istoty nazywane u nas dość niepokojąco kobietami. Do takich to pięknych a marzycielskich ustaleń doszło życie, któremu z jakichś powodów przyszło się telepać także w postaci dwunożnych, nieprzesadnie okudłaconych, bezogonowych, gadatliwych, popadających w nastroje, a nawet - w bardzo skrajnych przypadkach - skłonnych do rozmyślań ssaków. Życie sczłowieczałe, ze zmąconym spojrzeniem, unoszące czasem pysk ku gwiazdom, zadziwione, będące dla siebie zagadką, silące się rozpaczliwie na wyjaśnienia, zagubione w pustosłowiu, wierzące, wyniosłe, nazywające siebie świętym i jednocześnie zdolne względem siebie do nieprzytomnych plugastw, szukające wygody i bezpieczeństwa pośród murów, nieokiełznane w swej ekspansywności jak nowotwór. Życie powijane, wiedzione ku fantastycznym celom, umierające i zasypiające w Panu, w odróżnieniu od całej skrzeczącej i pomrukującej reszty, skazanej na posępne żerowanie, ruję i zdychanie.

 Siedzę przy biurku i z pewną wprawą przebiegam po klawiaturze palcami zdobiącymi moje wykwintne, delikatne dłonie, które nigdy nie splamiły się ciężką pracą (za co jestem im wdzięczny i co wynagradzam im codzienną pielęgnacją i klejnotami, bo w końcu skłonność do próżnowania zasługuje wyłącznie na pieszczotę i szlachetny połysk). Piszę sobie głupoty. Jakie to ludzkie! Jestem człowiekiem! Takie odkrycie! Wprawdzie nie przekraczam swym poziomem orangutana - ale to nic. Mówi się trudno. Inaczej nigdy nie będzie. Ale korzystam z toalety, posługuję się telefonem komórkowym, mam płaskie paznokcie, nie ma więc wątpliwości, że na świat przywiodła mnie miłość, miłość co prawda bardzo nietrwała, przemieniona już dawno w obojętność uwieńczoną rozwodem, co jednak niezbyt mnie martwi, bowiem obok tak efemerycznych zjawisk są także solidniejsze, solidniejsze rodzaje miłości, zawsze się gdzieś objawiające (np. jakiś czas temu na oddziale onkologicznym dowiedziałem się od natrętnego księdza, że wszystkie leżące tam kłębki cierpienia obdarowane są Bożą miłością [ach, jaki ten ksiądz był radosny i zdrowy, wypełniony ponadto osobliwą filozofią, dzięki której radził sobie cudownie z cudzą męką]), tak więc nie ma obawy. Miłość roztacza nad nami swe ramiona, przytula nas do siebie, choć czasem robi to z delikatnością nosorożca.

CDN

Raz, dwa. Raz, dwa, trzy...

kiljan.halldorsson
 Świat zachorował na gadulstwo. Kto żyw spieszy dziś zakomunikować innym coś, co sam uważa za doniosłe, ważne, interesujące... Żywię przekonanie, że nie mam w zasadzie nic do powiedzenia, ale najwyraźniej, skoro przyłączam się do chóru, jest ono dość słabej mocy. W końcu człowiek zawsze woli widzieć siebie w cieplejszych i jaśniejszych barwach. Niech więc zatryumfują złudzeniua! Po co roztrząsać, czy ta cała "radosna twórczość", która tutaj się rozwinie, będzie miała jakiś sens, czy nie... Niech będzie - jeśli już koniecznie trzeba sobie uzasadniać podejmowane decyzje - że powoduje mną ciekawość. Widocznie jest tak, że każdy, lub prawie każdy potrzebuje dodatkowego lustra, by móc się w nim możliwie najdokładniej przejrzeć... Może jest to dobry pomysł? I może nawet ktoś zechce tracić swój cenny czas?

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci