Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Wizyta duszpasterska, do której nie dojdzie

kiljan.halldorsson

 Wczoraj wieczorem znalazłem wetkniętą za wizytówkę na drzwiach karteczkę informującą mnie o odwiedzinach duszpasterskich. Tym razem nie był to jednak jakiś wytargany z notesu karteluszek z nagryzmoloną dziecinną ręką wiadomością, ale gustowny bilecik z wydrukowanymi rubryczkami do wypełnienia, zawołaniem
"Pokój temu domowi" oraz wizerunkiem Świętej Rodziny skąpanej w promieniach wiszącej nad Nią gwiazdy. Na jego odwrocie znalazłem też instrukcje, wedle których powinienem postępować. Diabeł mnie kusi - mówi, żebym dziś postąpił inaczej, żebym otworzył drzwi i wpuścił do swojego nadmetrażu człowieka z kropidłem, ale nie posłucham raczej tego podszeptu, bo widzę ,że jestem zupełnie nieprzygotowany. Parafia stawia kilka żądań. Chce, bym miał stół nakryty obrusem. No, to mogę spełnić. Ale chce też, bym miał krzyż, którego nie posiadam (jest dla mnie zbyt okropny). Dodatkowo jeszcze powinienem mieć zapalone świece. Niestety zostały mi tylko takie zapachowe, które po zapaleniu zamiast pachnieć ohydnie śmierdzą i chyba nie nadawałyby się na taką okazję. Na bileciku widnieje też polecenie skierowane do dzieci - podręczniki i zeszyty z lekcji religii mają być w pogotowiu - to mogę jednak spokojnie pominąć, bo szczęśliwie nie ma u mnie ani ćwierci dziecka. No i na koniec napisano, bym wyłączył telewizor, radio itp., co jest warunkiem najprostszym do spełnienia. Ach, i najważniejsza chyba rzecz - potrzebna jest woda święcona, chociaż gdy jej nie ma, problem można łatwo rozwiązać - wystarczy półprodukt dostarczany przez miejskie wodociągi i jedno małe zaklęcie, o które możemy swobodnie poprosić szacownego, mającego stosowne uprawnienia gościa.  Obok tych instrukcji jest też krótki scenariusz wizyty - trochę zniechęcający. Najpierw śpiew. Potem modlitwa. Dalej błogosławieństwo, i na koniec rozmowa. Na śpiew mi się nie zbiera, bo ciągle jeszcze mam problem z gardłem, modlić się nie potrafię i rozmowie duszpasterskiej chyba bym nie sprostał. I wyszła mi gotówka.

 Nie, nie, byłoby wielce niestosowne, gdybym otworzył drzwi i wpakował się w coś takiego. Głupio by było, gdyby powaga zetknęła się z kimś zupełnie jej pozbawionym. To nie wypada. Daruję sobie tę niedorzeczność.  

No i tak...

kiljan.halldorsson
 Wracając z zakupów spotkałem znajomego. Nieudolnie udawał, że mnie nie poznaje. Bardzo się na mnie pogniewał, bo pożyczyłem mu trochę pieniędzy. Po trzech latach delikatnie się upomniałem. Uznał widocznie, że jestem okropnie, beznadziejnie, niegrzecznie niecierpliwy. Pewnie sobie postanowił - to koniec! Nie będę obcował z tak niedobrym człowiekiem... A ja mówię trudno. I na zdrowie.

Z wirusem w tle

kiljan.halldorsson
 Eryk dzwoni. Nie zapomina przypomnieć o sobie. Nigdy. Kuzyn daleki z domieszką szwedzkiej krwi. Wiedzie ten swój poplątany żywot i zdaje mi relacje. Ma dziwne upodobania - ciągle wiąże się z kobietami, przysięga im cuda, co gorsza pomieszkuje z nimi pod jednym dachem, a potem przepędza je bądź sam jest przepędzany, po czym gniewa się i syczy. Jest niespokojny, w wiecznych, malowniczych tarapatach i Bóg jeden wie, czym się zajmuje. Ledwie słyszę, o co mnie pyta - trzeszczy coś w słuchawce i trzeszczy coś w moim uchu przytkanym dokumentnie, co pewnie ma związek z męczącym mnie od tygodnia katarem. Na wszelki wypadek mówię, że w porządku. Bo zawsze jest w porządku, gdy ktoś pyta. Dowiaduję się, że wylądował w Oslo. Znów rozpoczyna zagnieżdżanie się. To dobrze. Cieszę się i nie pytam, na jak długo, bo wiem, że na krótko. I znowu coś muszę. Muszę koniecznie przyjechać. Zwariował! O tej porze roku? I to do Oslo? Przecież mogę chyba wygospodarować parę dni w drugiej połowie lutego?Bo wtedy będzie chyba nejlepiej. Tak w każdym razie sądzi, a ja nie wirecę dalej tej kwestii. W każdym razie musimy się zobaczyć, jest mnóstwo rzeczy do obgadania. Ciekawe - przecież ja nie mam z nikim nic do obgadania! Co to znowu za pomysły? Ale dobra. Niech będzie, że jest inaczej. To co? Mały sentymentalny wypadzik? Do diabła! Nie wiem, czy jestem gotowy na coś podobnego. Czy mogę aż tak bardzo zapaść się w dobrą przeszłość? Za bardzo kocham Oslo, żeby patrzeć nań z dzisiejszej perspektywy. Będę się kulił, ogarną mnie dreszcze, będę się rozmazywać. Nie obiecuję. Dobra, dobra. Miejsca jest sporo, i tak dalej. No, to naturalnie kusi. Darmowy nocleg w Oslo to jest coś. Ech, Eryk, duży, kudłaty, wielkostopy. Nosi go wiecznie po świecie. Patrzy wszystkiemu prosto w ryj, rechocze i planuje tylko z lekka. Nie wiem, może się wybiorę. O ile wyzdrowieję. A to nader wątpliwe. Dopadł mnie jakiś wirus i trzyma się krzepko. Łykam jakieś głupie leki, które nie są zbyt skuteczne. O dupę rozbić taką zabawę. Chyba przerzucę się na jakieś domowe sposoby. Khe, khe, khe... I te cholerne zatkane uszy. Słyszę jakoś tak dziwnie, z metalicznym pogłosem. Szukam w płytotece hałaśliwej muzyki. Nie mogę się zdecydować. Co może przetkać uszy? Wagner? Nie lubię go za bardzo. Może Bowie? Uczczę jego urodziny, jeszcze raz. Tin Machine. Wieki tego nie słuchałem. Puszczam z ciekawości. Takie sobie. Słyszę raczej jakieś dudnienie. Dziwny dzień, bo się telefony rozdzwoniły. Akurat dziś, kiedy wszystko mi trzeba powtarzać. Co?! Co mówisz? Darek mówi. A to ty! Uprzedzam i pytam, co słychać? Różne, różności. Pyta, czy bym się nie wybrał do kina. Proszę, proszę, chce obejrzeć film w towarzystwie swojego najsłodszego grzechu. Nie, nie, w tym stanie nie mogę nigdzie chodzić. Oj, jaka szkoda. Jestem przeciwnego zdania, ale mu tego nie oznajmiam. I co tam jeszcze. Oj, był ze swoją żoną (co za zwyczaje, bogowie drodzy) na Sylwestra w Paryżu. Oczywiście było fajnie. Tak, tak... Cóż za brak oryginalności. Chyba zaraz się pogniewam. Na jakieś trzy, cztery kwadranse. Ale do przyszłego tygodnia mi przejdzie? Pożyjemy, zobaczymy. Może w ogóle życie mi przejdzie? Wcale bym się tak bardzo nie pogniewał. Bo byśmy coś może pogotowali. Mam luz w przyszłym tygodniu - mówi. Szczęściarz - mówię. Iwona jedzie na kilka dni do mamy. O! To ma być na zachętę? Ona mnie nie lubi, bo jej mąż jest dziwnie pochłonięty moją osobą. Obsypuję ją przy każdej okazji kwiatami, a ona chodzi nadąsana. Ma niepokojąco syfiaste przypuszczenia. I dobrze. Ale nie całkiem. My to już historia. Teraz to jest jakieś dopalanie się resztek, do których nastawiony jestem nieprzychylnie. Nie wiem, swoją drogą, co można dostrzec w kimś tak żałosnym jak ja? Co zrobić... Mam w zamrażarce trochę poćwiartowanych rybich zwłok. Będą dobre? Świetnie. Rybna kolacyjka, przyrządzona w jego nadkuchni. Dobra. Jak się wirus wyprowadzi. Tego jeszcze było mało. Jeszcze mama troskliwa się zgłasza. Jej dziecię takie biedne. Przyszłaby. Coś mi pomóc. Chyba chce, żeby mi się pogorszyło. A dajcie wy mi spokój. Nie potrzebuję pomocy. Wszystko jest pod kontrolą. Psy chodzą regularnie na kupkę, ja się świetnie odżywiam i oddaję się chorowaniu. Póki co wolę inne towarzystwo, któremu zresztą nic z mojej strony nie grozi. Patrzę trochę na filmy. Rozoglądane na dziesiątą stronę, ale w żadnym wypadku nie nużące. Jan Troell "Hamsun" (Max von Sydow w roli pisarza- genialny, to chyba jego życiowy popis), Friðrik Þór Friðriksson "Cold Fever" i " Djöflaeyjan" i takie tam. No i książczyny. Timo K. Mukka "Ziemia jest grzeszną pieśnią"- z przyjemnością to tego wróciłem, Ingmar Bergman "Trolösa" - dobrze napisana, poruszająca rzecz (i jaki świetny film zrobiła z tego cudowna Liv Ullmann) i do tego jeszcze coś z zupełnie innej beczki - dawno, dawno, dawno nie czytany przeze mnie Witkacy. Trochę mnie smuci, że to, co kiedyś wydawało mi się tak nieskończenie fascynujące, dziś wyblakło doszczętnie. "Nienasycenie" - idzie mi to jak po grudzie, nuży mnie. Szkoda. Ale czasem można wyłowić coś ciekawego nawet z książek, które przestały się już podobać. Witkacy napisał: "Jak to się to robi ta tajemnicza, niedosiężna polityka? Czy to nie jest czasem tylko wszystko jeden olbrzymi głupi au fond "bajc", jakiś sprycik trzeciego rzędu, podła znajomość ludzi, zręczność w małych świństewkach na pograniczu zbrodni?" Khe, khe, khe... Ach wirusie ty mój styczniowy...

David Bowie

kiljan.halldorsson

 Nigdy specjalnie nie interesowałem się - mówiąc najogólniej - muzyką estradową. To zawsze był dla mnie świat istniejący gdzieś w sąsiedztwie, którego echa stanowiły często dość obojętnie traktowany margines otaczających mnie dźwięków. Jest jednak jeden wyjątek - to obecny na światowych scenach od przeszło trzech dekad David Bowie.

 Zwróciłem na niego uwagę wiele lat temu. Najpierw zafascynowała mnie jego oryginalna twarz, nieco później przyszedł czas na zaprzyjaźnianie się z muzyką jego autorstwa. I przepadłem zupełnie. Moje zainteresowanie jego dokonaniami przybrało postać jakiejś szaleńczej manii. Na pewien czas wszystko wokół umilkło - był Bowie - i cała, mało istotna reszta. Dziś to wariactwo jest już szczęśliwie tylko odległym wspomnieniem - pozostało jednak trochę śladów tamtej rozgorączkowanej fascynacji: dość pokaźna kolekcja płyt, kilka wydawnictw poświęconych artyście, bilety na koncert... I pozostał podziw dla tej niestrudzonej, utalentowanej postaci.

 David Hemmings, reżyser "Just a Gigolo", powiedział o Davidzie: "Myślę, że Bowie to prototyp zdobywcy. Osiąga wszystko, co zaplanuje. Prawdziwy człowiek Renesansu." I rzeczywiście - choć początki jego kariery nie przedstawiały się zachęcająco - dzięki wytrwałości, licznym, skrzętnie wykorzystywanym zdolnościom, uporowi, umiejętnemu doborowi współpracowników i wierze we własne możliwości osiągnął wyżyny sławy i stał się jedną z najbarwniejszych legend rozrywkowego przemysłu. "I want to be a Superman - wyznał kiedyś - I guess I realised very early that man isn't a very clever mechanism. I wanted to make myself better. I always thought that I should change all the time". Trudno powiedzieć, czy droga, jaką obrał, jest najlepszą do osiągnięcia takiego celu, ale jedno jest pewne - okazała się oszałamiającą, barwną przygodą, którą - nawiasem mówiąc - ten szczęśliwy człowiek chciałby kontynuować w nieskończoność, i bardzo go denerwuje myśl, że kiedyś będzie musiał zetknąć się z przeszkodą nie do pokonania, jaką jest śmierć.

 Zmiany - to słowo najlepiej streszcza jego artystyczny życiorys. Zdaje się, Oscar Wilde powiedział, że tylko ludzie pozbawieni charakteru nie ulegają wpływom, a jeśli tak, to Bowie stanowi doskonały przykład człowieka z charakterem. Artysta od początku budził skrajne emocje i opinie: jedni widzieli w nim genialnego twórcę i wizjonera wyznaczającego nowe kierunki rozwoju muzyki rozrywkowej, wznoszącego ją przy okazji do rangi sztuki przez wielkie "S", inni zaś widzieli tylko sprawnego oszusta, kuglarza z wyczuciem podczepiającego się pod rodzące się mody... Prawda pewnie jak zwykle leży gdzieś pośrodku. Bowie to czlowiek z osobowością - lustrem, zawsze otwarty na nowości i innych ludzi. Bez wahania przejmował cudze poglądy, pomysły, chłonął klimaty miejsc, w których przebywał, łatwo "zmieniał skórę" i zainteresowania. Jednak wszystko, co brał z otaczającego go świata umiejętnie łączył z własnymi pomysłami, twórczo rozwijał. Zawsze poszukujący, ciekawy, idący z duchem czasu, nie pozwalał się zaszufladkować. Muzykę traktował jak aktor role - dla jej potrzeb wcielał się w rozmaite postaci, zmieniał publiczny wizerunek, nakładał przeróżne maski pozostając jednocześnie sobą; bawił sie stylami, łączył je, co nieraz dawało zaskakujące rezultaty, i ciągle ryzykował, jakby nie zależało mu za bardzo na komercyjnym sukcesie. Zdobył sobie jednak wierną publiczność, która szybko zaakceptowała tę skłonność do zmian. Jego dorobek od "Love You Till Tuesday" do "Reality" stanowi fantastyczną, zadziwiającą mozaikę nastrojów i stylów: jest w niej miejsce dla sentymentalnych wersji starych przebojów (Pin-Ups), songów Brechta, dziwacznych, hałaśliwych eksperymentów, tanecznych hitów, wściekłych rockowych hymnów, piosenek Brela, nastrojowych kompozycji na instrumenty elektroniczne, pełne wigoru utwory rythm'n'bluesowe, ekspresyjne stylizacje soulowe; jest krzyk i szept, radość i ponura melancholia, kpina i patos, są prawdziwe arcydzieła i bezdenny kicz - słowem wszystko.

 Bowie - piosenkarz, kompozytor, multiinstrumentalista, poeta, producent, filantrop, malarz, aktor, człowiek interesu - słowem facet orkiestra, prawdziwy tytan pracy, nie zdolny do tego, by znudzić się życiem. Ósmego stycznia stuknęła mu sześćdziesiątka, daleko mu jednak do bycia otoczonym czcią zabytkiem - jest ciągle aktywnym twórcą i z pewnością zaskoczy jeszcze słuchaczy jakimiś nowymi pomysłami. Mam tylko nadzieję, że gwiazdor żartował mówiąc, że będzie występował nawet wtedy, gdy trzeba go będzie wpychać na scenę na wózku inwalidzkim. (Czyżby jego rola w filmie "Hunger" miała jakiś związek z wygłoszonym postanowieniem? Chciał w ten sposób przygotować fanów na wszelkiego rodzaju geriatryczne atrakcje?) 

 Bowie - mały, chudy wielki człowiek. Gigant. Ciągle wspaniały, piękny, pełen elegancji (czy jest ktoś, na kim lepiej leżą garnitury?).Z przyjemnością wracam do jego nagrań, zwłaszcza tych z drugiej połowy lat siedemdziesiątych, do "Young Americans", "Station to Station", "Low", "Heroes", "Lodger", "Scary Monsters". I czekam na kolejne produkcje... 

Inicjatywa

kiljan.halldorsson

 Wprawić Kościół w prawdziwe zakłopotanie potrafią najskuteczniej chyba tylko jego wierni. Być może inicjatywa grupki posłów w sprawie intronizacji Chrystusa płynie ze szczerego serca, dobrze by jednak było, gdyby gorliwi wyznawcy i czciciele kandydata do tronu umieli jeszcze ruszyć trochę głową. Niestety - nie zadziałał rozum, nie zadziałała wyobraźnia, brakło zwykłego taktu. I znowu odbywają się idiotyczne dyskusje, znowu uwypuklają podziały - i znowu nadgorliwi i bardziej papiescy od samego papieża wierni ośmieszają wszystko, co - jak głoszą- gorąco kochają, raniąc tych, którym nie zbywa jeszcze na wrażliwości i smaku.

 Jak miałaby wyglądać dyskusja nad zaproponowaną uchwałą? I kto miałby głosować? Ta nieszczęsna gromada, w której roi się od notorycznych łgarzy, naciągaczy, cwaniaków i podstarzałych, obleśnych lubieżników?

 Niektórym ludziom wydaje się, że jak w swej uporczywie manifestowanej  pobożności coś uchwalą albo poklęczą przed obrazkiem - to wystarczy, że wtedy uda im się ukryć całą ich mizerię i zakłamanie. To doprawdy obraźliwe. Niestety - złożone rączki, figurki i groteskowe projekty to zbyt mało, by ośmielać się mówić o "wartościach" i prawić innym morały.

 

 Czasem zastanawiam się nad poczynaniami niektórych "luminarzy" naszego życia politycznego. Nie wiem, czy można ich jeszcze nazywać ludzmi grzesznymi, czy już tylko grubianinami. Ufam, że pomysłodawcy niefortunnej uchwały opamiętają się w porę. Jeśli tak się stanie, nie zasilą szeregów powyższych, a pozostaną jedynie osobami z grzeszkiem na koncie, grzeszkiem o imieniu głupota, z której można się przecież wyleczyć (przy odrobinie chęci, naturalnie).

Zza mgieł

kiljan.halldorsson

 "Ostatnia... ostatnia chwila... Kto żyć nie umie - niech ginie... Darmo się całe życie siliłam, by pojąć sens życia... darmo się męczyłam, by na powierzchni utrzymać... Zawsze mnie życie na dno spychało... zawsze ci, co żyć umieją - byli na wierzchu... Ja nie umiem żyć... Kto żyć nie umie - niech ginie... Straszny, straszny jest Ból..."

 Marceliny Kulikowskiej ostatni zapisek w dzienniku pełnym bolesnych zwierzeń, skarg, żalu, gasnących marzeń; w portrecie duszy utkanym z melancholijnych zdań. Ostatnia chwila. O krok od wykonania "najkonsekwentniejszej myśli", od samobójczej śmierci. Jeszcze tylko kilka dni i strzał z rewolweru kładzie kres życiu, któremu zabrakło sił.

 Jakże charakterystyczny obrazek z "kraju modernistycznego cierpienia", z epoki - jak pisze Boy - "fałszywej literatury i prawdziwych trupów".

 Cmentarne akcesoria, trumny, kwiaty dziwaczne, konające, zmysłowość, sny o śmierci, budząca lęk przyszłość, niechęć i protest przeciw banalności i bezduszności zorganizowanej masy, pragnienia doznań niezwykłych, specjalnych, wznoszących ponad szarość codziennej egzystencji, melancholia, tęsknoty bez nazwy, księżyce w pełni, westchnienia, szały, ekstazy, piękno i tragedie... Dusze głębokie i wrażliwe, dziwne...

                       Dziwni my ludzie - młode lata nasze,

                       A myśli takie smutne, takie czarne,

                       Ironia usta tylko nam okrasza,

                       Miłe są uchu melodie cmentarne.

                       I wśród młodości, wśród życia, wśród siły

                       My, ludzie dziwni - tęsknim do mogiły.

 Tak portretuje swe pokolenie wspomniana już Marcelina Kulikowska, pokolenie ludzi niezwykłych, żyjących w takichże czasach, w dobie przełomu, wyłaniania się nowego świata, przeobrażeń w poglądzie na jego istotę i miejsce w nim człowieka.

 Stanisław Brzozowski pisał o rozpadnięciu się wszystkich światopoglądów: "Świat i życie rozpłynęły się ówczesnym ludziom w chaotyczny sen, w gorączkowe majaczenia." Pozostały ból i przerażenie. Był "tylko pył dusz miotanych i rozbijających się o siebie ponad otchłaniami." Jednak ten chaotyczny sen, te majaki i tańce nad otchłaniami okazały się wcale twórcze i owocne. Zaroiło się od pisarzy, od poetów, niestrudzonych badaczy i analityków człowieczego wnętrza. "Czasy, w których przyszło im żyć, nie potrzebowały następnego pokolenia bohaterów narodowych.  Zajęli się więc czymś może łatwiejszym, a równie efektownym i frapującym: własną duszą. Żyli w świecie swych wewnętrznych doznań." Geniusze i grafomani. Niekiedy śmieszni i kiczowaci, czasem dalecy w swym stylu od dzisiejszych gustów, niemniej ciekawi w swych poszukiwaniach, pragnieniach, szczerzy. Niektórzy pozostali na trwałe, są świetnie pamiętani, całe rzesze jednak skryły się gdzieś na obrzeżach legendy tamtych lat, uległy zapomnieniu, wypadły z powszechnej świadomości. O kilku z nich napisała przed laty w swej ciekawej książce "Kraj modernistycznego cierpienia" Agnieszka Baranowska. Skupiła się w niej przede wszystkim na kobietach, które w tamtym momencie historii literatury polskiej wkroczyły licznie i śmiało na scenę, by opowiedzieć "w prozie i poezji o swojej nie zrozumianej duszy", pisząc nie tylko o ich twórczości, ale także o ich losach, często trudnych, bolesnych. "Przyznaję - pisze - że wiele w tej literaturze było sztuczności, póz, mody, chęci epatowania filistra. Ale gdzieniegdzie stały za tym autentyczne tragedie ludzkie. Sugestywność pokoleniowych wizji była tak silna, że nie tylko życie wkraczało do literatury prawem przenoszenia autobiograficznych przeżyć na karty książek, lecz i literatura brutalnie potrafiła niszczyć ludzkie istnienia. Aby stwierdzić te zależności, aby dotrzeć - ponad modny krzyk pokolenia - w świadomość ludzi, którzy tworzyli wtedy swoje dzieła, trzeba sięgnąć nie tylko do książek." Autorka sięgnęła więc po wszelkie pamiątki pozostawione przez bohaterki i bohaterów swojej opowieści, po pamiętniki, ocalałe listy, relacje rodzin i przyjaciół. Czasem są to tylko okruchy, strzępki, iskry, jakie pozostawił niełaskawy czas...

 Dziewięć sylwetek wyłania się zza mgieł: Zofia Trzeszczkowska (pisząca pod pseud. Adam M-ski), poetka, pierwsza tłumaczka Baudelaire'a, uczestniczka wojny rosyjsko - tureckiej w 1877 roku... -- Przedwcześnie zgasła Kazimiera Zawistowska, o duszy jak "łąka chaotycznych kwieci", którą "czasem nęcą gwiazdy, czasem usta świeże", co "księżycowe ściele sobie leże i z niego w wir życiowych rzuca się zamieci"... --Maria Komornicka, niezwykle utalentowana pisarka, "wspaniała gwiazda nowej literatury", pogrążająca się z biegiem lat w chorobie nerwowej, manifestująca w swej twórczości dramatyczny konflikt między silną wolą życia a poczuciem kompletnej bezsensowności tegoż... --Maria Iwanowska - Theresita, co "żyła wyłącznie dziejami swego serca"... --Ewa Łuskina, skromna, szara, samotna pani pisząca utwory pełne zmysłowej namiętności, tragizmu i tęsknot za wybawieniem w ramionach śmierci, będąca razem z Theresitą pod przemożnym wpływem Przybyszewskiego... --Marcelina Kulikowska, co "celnym strzałem w serce skończyła swe porachunki z życiem"... --Ludwik Stanisław Liciński, autor znakomitych "Z pamiętnika włóczęgi" i "Halucynacji", bezkompromisowy cygan artystyczny, zbuntowany do granic przeciw społeczeństwu, obracający się często wśród złodziei, nożowników i prostytutek, pełen agresji i wściekłości do świata, interesująco sportretowany w powieści "Narcyza" pióra swej przyjaciółki Zofii Nałkowskiej... --Franciszek Pik - Mirandola - uroczy człowiek, którego życie stanowiło odwrotność drogi od nędzy do pieniędzy, pochodzący z zacnej rodziny, krewniak Ignacego Łukasiewicza, aptekarz, dziś bardziej pamiętany jako tłumacz niż oryginalny twórca. Jego dorobek translatorski jest imponujący. Mówi się, że kim w literaturze przekładów jest dla lekarzy Tadeusz Żeleński - Boy, tym dla farmaceutów jest Franciszek Pik - Mirandola. Sam cenię go za jego znaczący wkład w przyswajaniu polskiemu czytelnikowi utworów z cudownej skarbnicy literackiej, jaką jest szalenie bliska memu sercu Skandynawia (Mirandola przekładał dzieła tak wspaniałych twórców jak: Bjørnstjerne Bjørnson, Knut Hamsun, Selma Lagerlöf, Karl Gjellerup, Karin Michaëlis, Henrik Pontoppidan, Hans Christian Andersen, Verner Heidenstam)... --I wreszcie znana i przez wielu ceniona Maria Pawlikowska - Jasnorzewska - tworząca później, duchowo jednak bliska mieszkankom "kraju modernistycznego cierpienia" (Beata Obertyńska, córka Maryli Wolskiej uroczo sportretowała artystkę:"Draperie, szale, pelerynki, gazy, woale - całe w ćmy, motyle, koła czy wiry tęczowe - omotane malowniczo wokół kruchej, drobnej postaci, stąpającej ostrożnie na czarnych kopytkach lakierków o bardzo wysokim korku. Nie czuło się na niej mody. Przekształcała każdą na swój sposób, oryginalnie, dowolnie i wedle potrzeby. Robiła wrażenie kłębuszka jedwabiu, czegoś niesłychanie lekkiego, wiotkiego, czegoś, co właściwie powinno by stać pod szkłem jak okaz egzotycznego motyla, drogocenny, rzadki, nie do użytku."

 Duchy płynące na przelewającej się przez całą Europę fali smutku, złych przeczuć, nowych, niezbyt pocieszających odkryć, duchy malownicze, delikatne, nadwrażliwe, tragiczne, jakby trochę wyważone z osi, wyrastające ponad czeredę zwykłych fabrykatów natury, duchy, dla których mam tak wiele sympatii... Te przywołane powyżej mają dla mnie szczególną wartość, bowiem większość z nich mniej lub bardziej związana jest z historią i legendą mojego miasta, dzięki którym jest ono miejscem możliwym do zaakceptowania. Miło wszak mieć jakąś przeciwwagę dla dzisiejszych, coraz mniej czarujących czasów. Miło, gdy najzwyklejszy spacer może przemienić się raptem w niezwykłą i daleką podróż sentymentalną...

Jeszcze coś z Manna

kiljan.halldorsson

 Skoro już zahaczyłem o Manna, zatrzymam się może jeszcze na chwilę przy jego wyznaniach, z pewnością wartych zastanowienia:

 "Nie chełpię się tym, bym posiadał religię. Ani mi to w głowie. Nie, wcale nie posiadam religii. Ale jeśli pod słowem "religijność" pojmuje się ową wolność, która jest drogą, a nie celem, która oznacza otwartość, delikatność, przyjaźń dla życia, pokorę, poszukiwanie, próby, wątpienie i błądzenie: drogą - jak powiadam - do Boga, a choćby i do diabła, ale na miłość Boską, nie tę zatwardziałą filisterską pewność posiadania wiary na własność, to być może, że i ja mam coś niecoś z takiej wolności i religijności."

 "Wierzę w to, co dobre, duchowe, prawdziwe, wolne, odważne, piękne i słuszne, słowem w suwerenną pogodę sztuki, tego wielkiego środka zbawczego na nienawiść i głupotę. To zapewne nie wystarczy. Trzeba może prócz tego także wierzyć w Pana Boga i w Pakt Atlantycki. Ale mnie wystarczy tamto."

Z listu Tomasza Manna

kiljan.halldorsson

 Dziś "tylko" jedna myśl, cudza, pod którą chętnie się podpisuję. To wyznanie z listu Tomasza Manna napisanego kilka miesięcy przed jego śmiercią.

 Wolę określenie "natura" lub po prostu "życie" od "Boga", słowa, z którym się zwykło przecież mimo woli wiązać pewne ludzkie jednak nieadekwatne pojęcia moralne. Słowo "Bóg" jedynie zamąca umysł, dlatego lepiej mówić tylko o naturze, która wówczas, powiedziałbym, niemal w imię Boga, może zachowywać się całkiem nieodpowiedzialnie i w sposób nie mający nic wspólnego z moralnością. Łatwiej umrzeć z jej imieniem. Ale cóż pocznę z Bogiem, wedle jego uczynków i postępowania wobec tego, co się dzieje na świecie, absolutnie niepojętym i niezgłębionym? Nie, bym był zaprzysiężonym ateistą. To jest również śmieszne. Albowiem w końcu wyłania się kwestia ostatecznego pochodzenia natury i życia, całego niesłychanego kosmicznego urządzenia. Żaden człowiek nie odpowie na to pytanie. Żyjemy i umieramy wszyscy pod znakiem zagadki. Uczucie w tej mierze można, jeśli się chce, nazywać religijnym. Jest to słowo nieco pretensjonalne, ale bezsprzecznie świadomość beznadziejnej niewiedzy upodabnia się do swego rodzaju pobożności.

Słoń w porcelanie

kiljan.halldorsson

 No i mija kolejny tydzień. Dla mnie nie najlepszy, bo przedwczoraj coś mi wlazło w plecy, tak że z trudem się ruszam. Najgorzej jest przy siadaniu i wstawaniu, trochę lepiej, gdy stoję lub chodzę. Znajomy twierdzi, że to mogą być "korzonki" (ściślej ich zapalenie) i być może ma rację, chociaż - muszę przyznać - trudno mi zaakceptować fakt posiadania czegoś tak absurdalnego. "Korzonki" - a więc jeszcze jedno zjawisko w składziku potworności. Mam w każdym razie nadzieję, że mi to jakoś samo przejdzie, bowiem lekarz jest ostatnią osobą, z jaką chciałbym mieć kontakt. Medycyna zawsze budziła we mnie wstręt, a po nie tak odległych, tkwiących w mojej pamięci doświadczeniach, kiedy to dzień po dniu przesiadywałem w szpitalu przyglądając się bezradnie, jak najbliższa mi osoba niknie zżerana brutalnie przez oszalałą chorobę, mój wstręt stał się bezgraniczny. Uciekam w popłochu przed wszystkim, co nosi biały kitel i co pachnie lekarstwami. Nawet pani z masarni, w której się zaopatruję, budzi we mnie swym wyglądem odrazę.

 Tak. Żadnych stękań i żadnej zabawy w pacjenta. Przeczekam wszystko jak przykładne zwierzę, i będzie dobrze. Dzieją się zresztą w moim najbliższym otoczeniu rzeczy stokroć straszniejsze, przy których jakieś tam "korzonki" są zwykłym głupstwem.

 Istnieje zjawisko zdolne zepsuć mi kompletnie dobry nastrój, a jest nim człowiek zajmujący się porządkami w kamienicy i w jej otoczeniu. Niby nic niezwykłego - ot, osoba myjąca schody, okna, zamiatająca liście, i nie byłoby absolutnie żadnego powodu, by cokolwiek o niej pisać, gdyby nie to, że jest nią chłopiec o niesłychanej, olśniewającej wprost urodzie. Serce mi pęka, ilekroć widzę tę baśniową postać odzianą w spraną koszulę flanelową, czarne, poprzecierane portki i wiecznie zakurzone buty, zasuwającą z miotłą albo pchającą kubeł na śmieci. To jest jakieś straszliwe niedopatrzenie! Najwyraźniej nikt nie czuwa nad tym światem! Widać to wszystko jest jakąś porzuconą zabawką zapijaczonych bogów, i dzieją się tu rzeczy co najmniej niestosowne. Klejnot najszlachetniejszy oprawiony w podłą blachę, przepyszny obraz z ramą skleconą z drewienek na podpałkę - takim jest ten pięknie uformowany człowiek, zmuszony do pielęgnacji zwykłego, architektonicznego straszydła. Nie usiłuję dociekać, co go przywiodło do takiej pracy, chcę jedynie wierzyć, że nie kryje się tu żadna jego ponura zasługa, bo łatwiej jednak znieść nieszczęścia i uciążliwości (także cudze), gdy odpowiadają za nie jakieś zewnętrzne czynniki. Mimo wszystko powinien on coś z tym zrobić. Nie wolno komuś tak pięknemu, mającemu na dodatek tak smutne oczy jak ten zachwycający chłopiec, zajmować się śmietnikiem i grabieniem liści.

 Dziś znów go spotkałem. Tym razem nie przy robocie, tylko w sklepiku, gdzie kupował sobie skromne śniadanie. Wymieniliśmy pozdrowienia. Wydaje mi się, że jest bardzo zamknięty w sobie i niedostępny. Praktycznie nigdy z nim nie rozmawiałem. Raz tylko, kilka miesięcy temu, zamieniliśmy ledwie dwa, trzy słowa o pogodzie. Bardzo chciałbym zaprosić go na herbatę. Naturalnie nigdy tego nie zrobię, ale chciałbym. Z pewnością znalazłbym pasującą doń filiżankę. Pozostaje mi jednak tylko smucić się z jego powodu.

 Ale dziś nie miałem na to zbyt wiele czasu. Ledwie wpadłem w przyjemnie zły humor, kiedy ktoś zaczął łomotać do drzwi. Powlokłem się otworzyć i moim oczom  ukazała się ciotka. Była w pobliżu, więc wpadła. Oczywiście nie z powodu sympatii do mojej osoby. Z rozbrajającą szczerością wyznała, że powodowała nią potrzeba fizjologiczna. Najwyraźniej nie lubi korzystać z publicznych toalet, chociaż zupełnie nie wiem dlaczego - jest w końcu tak brzydka, że w żadnej mierze nie mogłoby jej to zaszkodzić.

 Udało mi się namówić ja na kawę. Uruchomiłem właśnie nowy serwis i pomyślałem, że będzie przyjemniej, jeśli inauguracja nastąpi w towarzystwie.

 Nie mając za bardzo o czym rozmawiać, poruszyliśmy temat niedawnych wyborów. Ciekawiło ją czy głosowałem, a jeśli tak, to na kogo? Ona jest zdania, że głosować trzeba, ja natomiast zdania w tej kwestii nie mam. Ale w drugiej turze poszedłem, niemniej nie z poczucia obowiązku. Po prostu tydzień wcześniej znalazłem swój dowód osobisty i wpadło mi na myśl, żeby tę zgubę wykorzystać, choćby po to, by zdarzenie sprzed tygodnia nabrało jakiegoś znaczenia. Wczesnym rankiem udałem się więc do lokalu wyborczego, gdzie po zlożeniu autografu dostałem papierowy listek w ulubionym kolorze, na którym postawiłem krzyżyk. (To jednak trochę smutne, kiedy wręcz proszą człowieka, by się wypowiedział, a jednocześnie postawienie krzyżyka zainteresowani uznają za wystarczające. Doprawdy, poczułem się jakoś tak niepiśmiennie.) A potem pobiegłem do urny (choć nie wiem czy pudełko po jakimś odkurzaczu zasługuje na tak szumną nazwę). Wrzucanie kolorowych papierków do kartonowego pudła jest szalenie ucieszne i chciałem więcej takich wesołych karteczek sobie powrzucać, ale surowa pani zza zielonego stolika powiedziała, żebym sobie nie żartował.

 Wybór był oczywiście szalenie prosty. Raptem dwóch kandydatów. Jeden wyglądał przyzwoicie, drugi zaś jak jakimś cudem ożywione zwłoki. Zagłosowałem na wyglądającego przyzwoicie, który miał jeszcze jeden atut - nic go nie łączyło z paranoicznym środowiskiem obdartusów bezustannie straszonych przez rozmaite szare sieci i układy zlowrogich i przebiegłych cieni.

 Od polityki przeszliśmy do gnicia. Ród mój chyli się niestety (albo stety) ku upadkowi. Nie ma chętnych do przesadnego rozrodu, tworzymy więc coś na kształt zgrzybiałego, wygniłego starego drzewa, którego całkowita zagłada jest już tylko kwestią czasu. Jeden wielki narzekający, coraz bardziej pokrzywiony staroć. Lekarze mają co robić i zawsze jest okazja do drobnej wymiany zdań. Szybko nam to jednak minęło, bo ciotka zwyczajowo skierowała się na tematykę świńską. Doprawdy każda rozmowa z tą starszą panią kończyć się musi paskudztwami. Zdumiewające, ile sprośności może kryć się w głowie jednej staruszki! Starczyłoby tego na cełe koszary!

 Kobiety z biegiem czasu upodabniają się do miejskiej zabudowy; baby jak kamienice, ozdobne wieże, malownicze ruiny, pstrokate domy publiczne, gmaszyska, straszące rudery, pałace, stragany... Musi mieć to związek z mężczyznami, z rolą, jaką odegrali w ich życiu. Moja ciotka to zdecydowanie komórka na węgiel opleciona bluszczem, w dodatku z doktoratem, kładąca do głów studentom rzeczy, o jakich dobrze wychowany człowiek w ogóle nie powinien wiedzieć. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że zrobiła w życiu coś, co ludzie w przypływie niosącej pocieszenie fantazji nazywają karierą. Jednakże powiedzieć ,iż to ją jakoś uszczęśliwiło, byłoby grubą przesadą, bo co tam kariera, kiedy życie osobiste pełne jest udręki. Szara, wyleniała nieco, nienasycona myszka. Jej mąż umknął starości w zaświaty używszy wcześniej życia. Zdaje się Czechow napisał, że różnica między mężczyzną a kobietą polega na tym, że ten pierwszy z biegiem lat traci zainteresowanie dla babskich spraw, podczas gdy druga pogrąża się w nich coraz bardziej. Wuj w całej rozciągłości był doskonałą ilustracją powyższego zdania. Szybko stracił owo zainteresowanie i dodatkowo po kilku latach wyrósł z zabawy w dom. Zaczął żyć obok; hałaśliwie, wesoło, upojnie, rezygnując zupełnie z towarzystwa skażonego nadmierną powagą. A myszka, opuszczona, pracowała i żyła jakoś nie dbając o uciechy. Zgraciała. Ale teraz coś się w niej budzi. Na wulgarną nutę. Nawet gdyby człowiek rozmawiał z nią o wypalaniu cegieł, skończyłoby się to sprośnościami... Przydałby jej się jakiś powabny chłopiec zainteresowany tymi wszystkimi krągłościami, żeby ją trochę popieścił - albo więcej - żeby doprowadził ją do szału i ogołocił z pieniędzy.

 Goście mają to do siebie, że wcześniej czy później idą sobie w swoją stronę. Chwała im za to. Kontakty z ludźmi, które przekraczają trzy kwadranse, rodzą we mnie poczucie straty czasu. Ciotka siedziała o kwadrans za długo, więc kiedy już poszła, odetchnąłem z wyjątkowo wielką ulgą. Byłem bardzo zmęczony. No, ale przynajmniej nowy serwis do kawy został wreszcie wykorzystany, choć może słowo "nowy" nie jest tu najwłaściwsze, serwis bowiem tkwi w rodzinnych zasobach od przeszło czterdziestu lat, nigdy jednak nikt z niego nie korzystał, aż do dziś. I jeszcze sporo takich "nowych" serwisów plącze się po rozmaitych szafkach, można więc wybierać i przebierać. Porcelana występuje u mnie w ilościach przemysłowych - a to wszystko dzięki babce, po której cały ten kram odziedziczyłem.

 Cóż to była za kobieta!Cechowały ją gargantuiczny apetyt, dzięki czemu osiągnęła rozmiary słonia indyjskiego (precyzuję, by nikt nie posądził mnie o przesadę), a także nieokiełznana religijność i skłonność do kolekcjonerstwa. Gromadziła w swoim domu rozmaite przedmioty, które można podzielić na dwie grupy; jedne miały związek z jej potrzebami metafizycznymi, drugie natomiast zaspakajały jej potrzebę otaczania się wszelkiego rodzaju pstrokacizną mającą praktyczne zastosowanie. Ponieważ jej religijność przybrała postać idolatrii, lwią część zamieszkiwanej przez nią przestrzeni zajęły tandetne obrazki przedstawiające sielankowe scenki z życia rodziny dalekiej od wielodzietności oraz ludzi w pozach zdradzających szaleństwo lub bezbrzeżny smutek, a także figurki nagich mężczyzn poprzybijanych do drzewa i zakłopotanych, starannie odzianych młodziutkich kobiet, do których szeptała każdego dnia jakieś zaklęcia. Resztą jej kolekcji była porcelana; filiżanki, spodki, czajniczki, które w tajemniczy sposób przybywały do jej domu, przemienionego w coś na kształt izby tanecznej altannika, ze składu, gdzie pracowała.

 I tak oto żyję otoczony przyzwoitymi pamiątkami grzesznych wysiłków pobożnej babki ( na nieprzyzwoite pamiątki po pobożności grzesznicy się nie zdecydowałem). Zawsze bardzo podobała mi się ta bogato przyozdobiona chińszczyzna i moje zachwyty zostały docenione. Babka zarządziła, by po jej śmierci wszystkie błyskotki trafiły do moich rąk. Odziedziczone skarby, pewnie niezbyt wartościowe, trafiły pod wskazany adres. Ślady drobnego występku dawno zmarłej pani. Szkoda wyrządzona dawno nie istniejącemu składowi porcelany. Dodatek do innej odziedziczonej rzeczy - obżarstwa, jakiemu też się z lubością oddaję, co jednak nie przyprawia mnie o nadwagę, ale to pewnie dlatego, że jestem jak najdalszy od religijności - w każdym razie od religijności w tak osobliwym, obrazkowo - figurkowym kształcie.

 Zastanawiam się, co ja robię? Co to za głupie wypracowanie? Muszę posłuchać muzyki. I wypić jeszcze jedną filiżankę kawy. Muzyka. Co będzie najlepsze na dzisiejszy wieczór? Może Edvard Grieg? Tak, Grieg będzie doskonały.

Palenie

kiljan.halldorsson

 Ciągle nie mogę uwolnić się od tytoniowego nałogu. Wszelkie próby spaliły na panewce. Nie umiem sobie wmówić, że palenie jest nieprzyjemne. Ciągle przypomina mi się opinia Oscara Wilde'a o papierosach. On uważał, że są one najdoskonalszą używką, bowiem sprawiając przyjemność w ogóle nie zaspokajają. Trudno mi się z tym nie zgodzić. Pewnie jestem na straconej pozycji. Kiedyś się uwędzę.

 A póki co wędziłem się dzisiaj na spacerze. Zabrałem swoje psy za miasto. Pół dnia wędrowaliśmy po polach w smugach jesiennych, wonnych dymów. Nie ma to jak drobne przyjemności. Przestrzeń, zapachy, słońce... Jesień tego roku taka łaskawa. Piękny czas.

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci