Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Z listu Tomasza Manna

kiljan.halldorsson

 Dziś "tylko" jedna myśl, cudza, pod którą chętnie się podpisuję. To wyznanie z listu Tomasza Manna napisanego kilka miesięcy przed jego śmiercią.

 Wolę określenie "natura" lub po prostu "życie" od "Boga", słowa, z którym się zwykło przecież mimo woli wiązać pewne ludzkie jednak nieadekwatne pojęcia moralne. Słowo "Bóg" jedynie zamąca umysł, dlatego lepiej mówić tylko o naturze, która wówczas, powiedziałbym, niemal w imię Boga, może zachowywać się całkiem nieodpowiedzialnie i w sposób nie mający nic wspólnego z moralnością. Łatwiej umrzeć z jej imieniem. Ale cóż pocznę z Bogiem, wedle jego uczynków i postępowania wobec tego, co się dzieje na świecie, absolutnie niepojętym i niezgłębionym? Nie, bym był zaprzysiężonym ateistą. To jest również śmieszne. Albowiem w końcu wyłania się kwestia ostatecznego pochodzenia natury i życia, całego niesłychanego kosmicznego urządzenia. Żaden człowiek nie odpowie na to pytanie. Żyjemy i umieramy wszyscy pod znakiem zagadki. Uczucie w tej mierze można, jeśli się chce, nazywać religijnym. Jest to słowo nieco pretensjonalne, ale bezsprzecznie świadomość beznadziejnej niewiedzy upodabnia się do swego rodzaju pobożności.

Słoń w porcelanie

kiljan.halldorsson

 No i mija kolejny tydzień. Dla mnie nie najlepszy, bo przedwczoraj coś mi wlazło w plecy, tak że z trudem się ruszam. Najgorzej jest przy siadaniu i wstawaniu, trochę lepiej, gdy stoję lub chodzę. Znajomy twierdzi, że to mogą być "korzonki" (ściślej ich zapalenie) i być może ma rację, chociaż - muszę przyznać - trudno mi zaakceptować fakt posiadania czegoś tak absurdalnego. "Korzonki" - a więc jeszcze jedno zjawisko w składziku potworności. Mam w każdym razie nadzieję, że mi to jakoś samo przejdzie, bowiem lekarz jest ostatnią osobą, z jaką chciałbym mieć kontakt. Medycyna zawsze budziła we mnie wstręt, a po nie tak odległych, tkwiących w mojej pamięci doświadczeniach, kiedy to dzień po dniu przesiadywałem w szpitalu przyglądając się bezradnie, jak najbliższa mi osoba niknie zżerana brutalnie przez oszalałą chorobę, mój wstręt stał się bezgraniczny. Uciekam w popłochu przed wszystkim, co nosi biały kitel i co pachnie lekarstwami. Nawet pani z masarni, w której się zaopatruję, budzi we mnie swym wyglądem odrazę.

 Tak. Żadnych stękań i żadnej zabawy w pacjenta. Przeczekam wszystko jak przykładne zwierzę, i będzie dobrze. Dzieją się zresztą w moim najbliższym otoczeniu rzeczy stokroć straszniejsze, przy których jakieś tam "korzonki" są zwykłym głupstwem.

 Istnieje zjawisko zdolne zepsuć mi kompletnie dobry nastrój, a jest nim człowiek zajmujący się porządkami w kamienicy i w jej otoczeniu. Niby nic niezwykłego - ot, osoba myjąca schody, okna, zamiatająca liście, i nie byłoby absolutnie żadnego powodu, by cokolwiek o niej pisać, gdyby nie to, że jest nią chłopiec o niesłychanej, olśniewającej wprost urodzie. Serce mi pęka, ilekroć widzę tę baśniową postać odzianą w spraną koszulę flanelową, czarne, poprzecierane portki i wiecznie zakurzone buty, zasuwającą z miotłą albo pchającą kubeł na śmieci. To jest jakieś straszliwe niedopatrzenie! Najwyraźniej nikt nie czuwa nad tym światem! Widać to wszystko jest jakąś porzuconą zabawką zapijaczonych bogów, i dzieją się tu rzeczy co najmniej niestosowne. Klejnot najszlachetniejszy oprawiony w podłą blachę, przepyszny obraz z ramą skleconą z drewienek na podpałkę - takim jest ten pięknie uformowany człowiek, zmuszony do pielęgnacji zwykłego, architektonicznego straszydła. Nie usiłuję dociekać, co go przywiodło do takiej pracy, chcę jedynie wierzyć, że nie kryje się tu żadna jego ponura zasługa, bo łatwiej jednak znieść nieszczęścia i uciążliwości (także cudze), gdy odpowiadają za nie jakieś zewnętrzne czynniki. Mimo wszystko powinien on coś z tym zrobić. Nie wolno komuś tak pięknemu, mającemu na dodatek tak smutne oczy jak ten zachwycający chłopiec, zajmować się śmietnikiem i grabieniem liści.

 Dziś znów go spotkałem. Tym razem nie przy robocie, tylko w sklepiku, gdzie kupował sobie skromne śniadanie. Wymieniliśmy pozdrowienia. Wydaje mi się, że jest bardzo zamknięty w sobie i niedostępny. Praktycznie nigdy z nim nie rozmawiałem. Raz tylko, kilka miesięcy temu, zamieniliśmy ledwie dwa, trzy słowa o pogodzie. Bardzo chciałbym zaprosić go na herbatę. Naturalnie nigdy tego nie zrobię, ale chciałbym. Z pewnością znalazłbym pasującą doń filiżankę. Pozostaje mi jednak tylko smucić się z jego powodu.

 Ale dziś nie miałem na to zbyt wiele czasu. Ledwie wpadłem w przyjemnie zły humor, kiedy ktoś zaczął łomotać do drzwi. Powlokłem się otworzyć i moim oczom  ukazała się ciotka. Była w pobliżu, więc wpadła. Oczywiście nie z powodu sympatii do mojej osoby. Z rozbrajającą szczerością wyznała, że powodowała nią potrzeba fizjologiczna. Najwyraźniej nie lubi korzystać z publicznych toalet, chociaż zupełnie nie wiem dlaczego - jest w końcu tak brzydka, że w żadnej mierze nie mogłoby jej to zaszkodzić.

 Udało mi się namówić ja na kawę. Uruchomiłem właśnie nowy serwis i pomyślałem, że będzie przyjemniej, jeśli inauguracja nastąpi w towarzystwie.

 Nie mając za bardzo o czym rozmawiać, poruszyliśmy temat niedawnych wyborów. Ciekawiło ją czy głosowałem, a jeśli tak, to na kogo? Ona jest zdania, że głosować trzeba, ja natomiast zdania w tej kwestii nie mam. Ale w drugiej turze poszedłem, niemniej nie z poczucia obowiązku. Po prostu tydzień wcześniej znalazłem swój dowód osobisty i wpadło mi na myśl, żeby tę zgubę wykorzystać, choćby po to, by zdarzenie sprzed tygodnia nabrało jakiegoś znaczenia. Wczesnym rankiem udałem się więc do lokalu wyborczego, gdzie po zlożeniu autografu dostałem papierowy listek w ulubionym kolorze, na którym postawiłem krzyżyk. (To jednak trochę smutne, kiedy wręcz proszą człowieka, by się wypowiedział, a jednocześnie postawienie krzyżyka zainteresowani uznają za wystarczające. Doprawdy, poczułem się jakoś tak niepiśmiennie.) A potem pobiegłem do urny (choć nie wiem czy pudełko po jakimś odkurzaczu zasługuje na tak szumną nazwę). Wrzucanie kolorowych papierków do kartonowego pudła jest szalenie ucieszne i chciałem więcej takich wesołych karteczek sobie powrzucać, ale surowa pani zza zielonego stolika powiedziała, żebym sobie nie żartował.

 Wybór był oczywiście szalenie prosty. Raptem dwóch kandydatów. Jeden wyglądał przyzwoicie, drugi zaś jak jakimś cudem ożywione zwłoki. Zagłosowałem na wyglądającego przyzwoicie, który miał jeszcze jeden atut - nic go nie łączyło z paranoicznym środowiskiem obdartusów bezustannie straszonych przez rozmaite szare sieci i układy zlowrogich i przebiegłych cieni.

 Od polityki przeszliśmy do gnicia. Ród mój chyli się niestety (albo stety) ku upadkowi. Nie ma chętnych do przesadnego rozrodu, tworzymy więc coś na kształt zgrzybiałego, wygniłego starego drzewa, którego całkowita zagłada jest już tylko kwestią czasu. Jeden wielki narzekający, coraz bardziej pokrzywiony staroć. Lekarze mają co robić i zawsze jest okazja do drobnej wymiany zdań. Szybko nam to jednak minęło, bo ciotka zwyczajowo skierowała się na tematykę świńską. Doprawdy każda rozmowa z tą starszą panią kończyć się musi paskudztwami. Zdumiewające, ile sprośności może kryć się w głowie jednej staruszki! Starczyłoby tego na cełe koszary!

 Kobiety z biegiem czasu upodabniają się do miejskiej zabudowy; baby jak kamienice, ozdobne wieże, malownicze ruiny, pstrokate domy publiczne, gmaszyska, straszące rudery, pałace, stragany... Musi mieć to związek z mężczyznami, z rolą, jaką odegrali w ich życiu. Moja ciotka to zdecydowanie komórka na węgiel opleciona bluszczem, w dodatku z doktoratem, kładąca do głów studentom rzeczy, o jakich dobrze wychowany człowiek w ogóle nie powinien wiedzieć. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że zrobiła w życiu coś, co ludzie w przypływie niosącej pocieszenie fantazji nazywają karierą. Jednakże powiedzieć ,iż to ją jakoś uszczęśliwiło, byłoby grubą przesadą, bo co tam kariera, kiedy życie osobiste pełne jest udręki. Szara, wyleniała nieco, nienasycona myszka. Jej mąż umknął starości w zaświaty używszy wcześniej życia. Zdaje się Czechow napisał, że różnica między mężczyzną a kobietą polega na tym, że ten pierwszy z biegiem lat traci zainteresowanie dla babskich spraw, podczas gdy druga pogrąża się w nich coraz bardziej. Wuj w całej rozciągłości był doskonałą ilustracją powyższego zdania. Szybko stracił owo zainteresowanie i dodatkowo po kilku latach wyrósł z zabawy w dom. Zaczął żyć obok; hałaśliwie, wesoło, upojnie, rezygnując zupełnie z towarzystwa skażonego nadmierną powagą. A myszka, opuszczona, pracowała i żyła jakoś nie dbając o uciechy. Zgraciała. Ale teraz coś się w niej budzi. Na wulgarną nutę. Nawet gdyby człowiek rozmawiał z nią o wypalaniu cegieł, skończyłoby się to sprośnościami... Przydałby jej się jakiś powabny chłopiec zainteresowany tymi wszystkimi krągłościami, żeby ją trochę popieścił - albo więcej - żeby doprowadził ją do szału i ogołocił z pieniędzy.

 Goście mają to do siebie, że wcześniej czy później idą sobie w swoją stronę. Chwała im za to. Kontakty z ludźmi, które przekraczają trzy kwadranse, rodzą we mnie poczucie straty czasu. Ciotka siedziała o kwadrans za długo, więc kiedy już poszła, odetchnąłem z wyjątkowo wielką ulgą. Byłem bardzo zmęczony. No, ale przynajmniej nowy serwis do kawy został wreszcie wykorzystany, choć może słowo "nowy" nie jest tu najwłaściwsze, serwis bowiem tkwi w rodzinnych zasobach od przeszło czterdziestu lat, nigdy jednak nikt z niego nie korzystał, aż do dziś. I jeszcze sporo takich "nowych" serwisów plącze się po rozmaitych szafkach, można więc wybierać i przebierać. Porcelana występuje u mnie w ilościach przemysłowych - a to wszystko dzięki babce, po której cały ten kram odziedziczyłem.

 Cóż to była za kobieta!Cechowały ją gargantuiczny apetyt, dzięki czemu osiągnęła rozmiary słonia indyjskiego (precyzuję, by nikt nie posądził mnie o przesadę), a także nieokiełznana religijność i skłonność do kolekcjonerstwa. Gromadziła w swoim domu rozmaite przedmioty, które można podzielić na dwie grupy; jedne miały związek z jej potrzebami metafizycznymi, drugie natomiast zaspakajały jej potrzebę otaczania się wszelkiego rodzaju pstrokacizną mającą praktyczne zastosowanie. Ponieważ jej religijność przybrała postać idolatrii, lwią część zamieszkiwanej przez nią przestrzeni zajęły tandetne obrazki przedstawiające sielankowe scenki z życia rodziny dalekiej od wielodzietności oraz ludzi w pozach zdradzających szaleństwo lub bezbrzeżny smutek, a także figurki nagich mężczyzn poprzybijanych do drzewa i zakłopotanych, starannie odzianych młodziutkich kobiet, do których szeptała każdego dnia jakieś zaklęcia. Resztą jej kolekcji była porcelana; filiżanki, spodki, czajniczki, które w tajemniczy sposób przybywały do jej domu, przemienionego w coś na kształt izby tanecznej altannika, ze składu, gdzie pracowała.

 I tak oto żyję otoczony przyzwoitymi pamiątkami grzesznych wysiłków pobożnej babki ( na nieprzyzwoite pamiątki po pobożności grzesznicy się nie zdecydowałem). Zawsze bardzo podobała mi się ta bogato przyozdobiona chińszczyzna i moje zachwyty zostały docenione. Babka zarządziła, by po jej śmierci wszystkie błyskotki trafiły do moich rąk. Odziedziczone skarby, pewnie niezbyt wartościowe, trafiły pod wskazany adres. Ślady drobnego występku dawno zmarłej pani. Szkoda wyrządzona dawno nie istniejącemu składowi porcelany. Dodatek do innej odziedziczonej rzeczy - obżarstwa, jakiemu też się z lubością oddaję, co jednak nie przyprawia mnie o nadwagę, ale to pewnie dlatego, że jestem jak najdalszy od religijności - w każdym razie od religijności w tak osobliwym, obrazkowo - figurkowym kształcie.

 Zastanawiam się, co ja robię? Co to za głupie wypracowanie? Muszę posłuchać muzyki. I wypić jeszcze jedną filiżankę kawy. Muzyka. Co będzie najlepsze na dzisiejszy wieczór? Może Edvard Grieg? Tak, Grieg będzie doskonały.

Palenie

kiljan.halldorsson

 Ciągle nie mogę uwolnić się od tytoniowego nałogu. Wszelkie próby spaliły na panewce. Nie umiem sobie wmówić, że palenie jest nieprzyjemne. Ciągle przypomina mi się opinia Oscara Wilde'a o papierosach. On uważał, że są one najdoskonalszą używką, bowiem sprawiając przyjemność w ogóle nie zaspokajają. Trudno mi się z tym nie zgodzić. Pewnie jestem na straconej pozycji. Kiedyś się uwędzę.

 A póki co wędziłem się dzisiaj na spacerze. Zabrałem swoje psy za miasto. Pół dnia wędrowaliśmy po polach w smugach jesiennych, wonnych dymów. Nie ma to jak drobne przyjemności. Przestrzeń, zapachy, słońce... Jesień tego roku taka łaskawa. Piękny czas.

Abramek

kiljan.halldorsson

 Szczęśliwie nic się nie dzieje. Mogę spokojnie buszować w starych papierach w swoim zaciszu. Mieszkam w prawdziwym składzie makulatury. Nie mam odwagi rozstawać się z jakimkolwiek zadrukowanym papierkiem. Pozbyć się książki? Zbrodnia. Wycinka z gazety? Takoż. I dobrze, bo zawsze mogę trafić na jakąś zapomnianą z czasem rzecz, odnaleźć jakiś ciekawy okruch. Być może będę co jakiś czas, jeśli znajdę coś ciekawego, pisać tutaj o takich odkryciach?

 Właśnie mam przed sobą taki mały, wzruszający okruch. To wiersz Abramka Koplowicza, młodego człowieka, któremu życie przyniosło tylko cierpienie. "Marzenie", bo taki tytuł nosi ten utwór, jest poruszającym głosem tęsknoty za wolnością, głosem chłopaka z łódzkiego getta. Jego sen o wolności nigdy się nie ziścił. Na drodze stanęła okrutna śmierć w Auschwitz - Birkenau we wrześniu 44 roku. Pozostał marzycielski wiersz. Podróż fantastyczna odbyta w wyobraźni...

       MARZENIE

 Jak ja mieć będę dwadzieścia lat,

 Zacznę oglądać nasz piękny świat.

 Usiądę w wielkim ptaku motorze

 I wzniosę się w wszechświata przestworze.

 Popłynę, pofrunę w świat piękny, daleki,

 Popłynę, pofrunę przez morza i rzeki.

 Chmura siostrzycą, wiatr będzie mi bratem.

 Się będę zdumiewał nad Nilem, Eufratem,

 Zobaczę sfinksy i piramidy

 W prastarym kraju boskiej Izydy.

 Przepłynę nad ogrom wody Niagary

 Kąpać się będę w słońcu Sahary.

 Przez szczyty Tybetu, co w obłokach giną,

 Nad cudną, tajemną magów krainą.

 A wydostawszy się spod skwarów mocy

 Będę szybował nad lodem Północy.

 Przefrunę nad wielką wyspą kangurów

 I nad szczątkami Pompei murów.

 I nad świętą Ziemią Zakonu Starego

 I nad ojczyzną Homera słynnego.

 Się będę zdumiewał nad pięknym światem -

 Chmura siostrzycą, wiatr będzie mi bratem.

Nadzieja

kiljan.halldorsson

 Powróciłem ostatnio do Byrona. Wygrzebałem w domowej bibliotece zakurzony wybór poezji, a w nim piękny wiersz, pełen jakże bolesnej prawdy. Postanowiłem, że zamieszczę go tutaj.

 Szczęściem jest, mówią, Nadzieja; lecz przecie

  Miłość oblewa łzami rzecz minioną;

 A myśli, w których wspomnienie się świeci,

  Najwcześniej wschodzą - i najdłużej płoną.

 

 Wszystko, co Pamięć tak miłować lubi,

  Całą Nadzieją naszą kiedyś było,

 Wszystko, co niesie nadzieja - i gubi

  W czułej Pamięci zawsze się topiło.

 

 Niestety! złuda dokoła się ścieli,

  A przyszłość ludzi omamia z oddali:

 Ani nie mogą być tym, czym być chcieli,

  Ani też myśleć nie śmią, czym się stali.

                                                            przeł. J. Żuławski

Kolorowe papierki

kiljan.halldorsson
 Ludzie to osobliwe stworzenia. Dwoją się i troją, by mi dogodzić - a wszystko to za garść kolorowych, wcale nieładnych papierków. Są tak gorliwi i uprzejmi, że bałbym się poprosić ich o cokolwiek nie mając tych papierowych okrawków ozdobionych surowymi twarzami dawno zmarłych władców.

O poecie księżycowym

kiljan.halldorsson

 Paryż. Grudniowy poranek. 1966 rok. Policyjny patrol znajduje na ławce w Lasku Bulońskim ciało mężczyzny w średnim wieku. Nie ma kłopotów z ustaleniem tożsamości zmarłego. Krótkie przeszukanie kieszeni płaszcza przynosi pożądane wyjaśnienia. Spoczywającemu na ławce człowiekowi bynajmniej nie zależało na anonimowości. Przed śmiercią napisał na kartce swoje imię i nazwisko oraz prośbę o pochówek w zbiorowej mogile. Przeprowadzone badanie zwłok dało odpowiedź na pytanie o przyczynę śmierci: przedawkowanie barbituranów. Tak zakończyło się życie poety Mariana Ośniałowskiego, poety, któremu zabrakło szczęścia.

 Bywają ludzie, dla których wyroki losu są nader niełaskawe - rodzą się oni o niewłaściwej porze albo otrzymują w "darze" cechy niezbyt pomocne w życiu. Ośniałowski z całą pewnością do takich należał.

 Na świat przyszedł w 1920 roku w Chocimowie w Kieleckiem. Pochodził z rodziny ziemiańskiej, skoligaconej z arystokratycznymi rodami (był m. in. krewniakiem Witolda Gombrowicza) czym zawsze bardzo się szczycił i co - mówiąc najdelikatniej - nie bardzo mu pomagało w Polsce, jaka wyłoniła się po 1945 roku. Nadto - jak pisze Bogdan Śmigielski w opublikowanym kilka lat temu w "Przekroju" wspomnieniu o artyście: "Programowo nie włączał się do budowy socjalizmu. Liryzm jego wierszy nie miał nic wspólnego z linią partii." Do tego jawnego dystansowania się od ówczesnej rzeczywistości dochodziły jeszcze jego wcale nie skrywany homoseksualizm, będący w tamtych ponurych czasach źródłem poważnych kłopotów, oraz towarzysząca jego wielkiej wrażliwości ogromna życiowa nieporadność. Ksawery Jasieński, siostrzeniec Ośniałowskiego, wspomina:"Nie radził sobie z życiem, z jego praktyczną, przyziemną stroną. Nigdy jednak się nie skarżył." I dodaje: "Miał w sobie jakiś dziwny smutek i melancholię, i był jednocześnie pogodny jak bywają małe, nieświadome zła dzieci. Miał takie po prostu dobre serce. Niezwykle był delikatny. Nie umiałby zrobić nikomu krzywdy. I w ogóle ludzie się przy nim mitygowali. Nie można było być brutalnym przy Rysiu (tak nazywano poetę w rodzinie), dlatego, że to by go szalenie raziło. On wpływał na ludzi tak, że zachowywali się przy nim delikatniej, subtelniej". A wspomniany Bogdan Śmigielski wyznaje, że w myślach nazywał Ośniałowskiego Chłopcem z deszczu, bowiem tak bardzo przypominał mu tę postać ze sztuki "Dwa teatry" Szaniawskiego. "Byłem pod wielkim wrażeniem jego osobowości - pisze - nieśmiałej, księżycowej i wiotkiej."

 W 56 roku Marian Ośniałowski zyskał na krótko popularność. Drukował we "Współczesności" (piśmie, którego był współzałożycielem), "Nowej Kulturze", "Twórczości". Wydał dwa tomiki "Kontrasty" i "Suitę Cygańską". W 57 zdobył Nagrodę Literacką Młodych. Niestety nie przyniosło mu to większego powodzenia. Z czasem stracił etat, cierpiał biedę, żył w nędznym, przechodnim pokoju. Los chwilowo się doń uśmiechnął, gdy otrzymał stypendium rządu francuskiego (Ośniałowski doskonale znał francuski, tłumaczył Verlaine'a, Apollinaire'a). Wyjechał do Paryża, z którego miał już nie powrócić. Wybrał emigrację. Nie poprawiło to jednak jego sytuacji. Nie znalazł tam dla siebie godnego miejsca. "Emigracja jakoś dziwnie się od niego odwróciła." Wegetował. Mieszkał w podłym hoteliku, podejmował dorywcze prace fizyczne, a był ostatnim człowiekiem nadającym się do tego rodzaju zajęć. Nie pomogła też Nagroda Kościelskich. 

 Chciał być sławny i szczęśliwy, ale jednego i drugiego mu zabrakło. O śmierć ocierał się wielokrotnie. W czasach okupacji był więziony przez gestapo. Później, w 44 został ranny w Powstaniu. Potem zaś, konwojowany do obozu w Pruszkowie, zdołał zbiec z grupą mężczyzn, którzy mieli być rozstrzelani. Nie taka, wojenna śmierć była mu pisana. Ta, która go dosięgła, dojrzewała gdzie indziej - w jego duszy. Jeszcze w Polsce próbował odebrać sobie życie, prawdopodobnie z powodu jakiejś nieodwzajemnionej miłości. Paryska próba okazała się skuteczna. Przelała się czara goryczy. "Jego śmierć - pisze Śmigielski - była jakimś manifestem. Manifestem przeciwko skazaniu na zapomnienie."

 Szczęście było zawsze gdzieś daleko- "dla niego nawet nie zbliżało się w wierszach":

 Chodzi szczęście po świecie / z czerwonymi wargami / Śpiewa pieśni o lecie / czasem tańczy z kwiatami / Gdzie mieszka? Za górami, za lasami, za rzeką...

 W czyimś sercu czasami / zawsze tam - gdzie daleko... / Chodzi po świecie szczęście, / mieszka w zapachu siana / i w pogodzie, w drzew chrzęście / w świergotach wróbli z rana. / Śpiewa o lecie pieśni, / wargi ma jak korale, / całowałem je we śnie. / Może nie ma go wcale.

 Ośniałowski. Chłopiec z deszczu. Niebawem minie czterdziesta rocznica jego śmierci.

 

Pociąg i olbrzym (cd. ciągu dalszego 2)

kiljan.halldorsson

 Dość wcześnie przekonałem się, iż życie to nie przelewki. Upiorna wola, której się zachciało zagnieździć w takim ciele jak moje. (Cóż to za paskudny nawyk z tą chęcią ciągłego budzenia się i przecierania oczu, cóż za straszliwe narzędzie ta cała miłość?) Chorowite dzieciństwo. Nazbyt częste doznawanie bólu i gorączki. Godziny spędzane w poczekalniach, gabinetach lekarskich, tygodnie spędzane w łóżku. Bakterie, wirusy, świństwa wszelakie chcące sobie we mnie pożyć. Najgorszych przeżyć dostarczały mi wtedy uporczywie powracające infekcje uszu z okropnym, rozrywającym głowę bólem. Ponoć groziła mi nawet głuchota. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Los bywa czasem litościwy - czasowa przeprowadzka do górskiej miejscowości położyła kres niebezpiecznym skłonnościom. Duch wreszcie mógł zacząć cieszyć się z przebywania w ciele. Do czasu, naturalnie, ale to już inna bajka...

 Góry. Lesiste. Świat trójkątów, nieodległego widnokręgu, świat skróconego dnia. Dolina. A w niej dwie rzeki. Jedną płynęła zimna, krytaliczna woda; drugą, w wagonach kolejowych, płynęli ludzie.

 Mieszkanie przy stacji. Przemijanie. Codziennie inne twarze. Budzący się i zamierający gwar. Średnio apetyczne zapachy z dość podłej, acz mającej swój urok restauracji. Kolejowe dzieciństwo. Jak u Lagerkvista. Stacja. Piski hamulców. Ostry, przyjemny, zwłaszcza w czasie upału niezwykle intensywny zapach torowiska. I parowozy, wówczas będace jeszcze tu i ówdzie elementem transportowej codzienności. Piękne, czarne i zielone, lśniące, eleganckie, z węglowym oddechem, z reflektorami - oczami ozdobionymi szkarłatną łezką, w których wyrazie można było odczytać mieszaninę rozmaitych uczuć: bezdennego smutku, bezkresnego zdziwienia, przerażenia (kto wie czy w tym spojrzeniu lokomotyw z zastygłym w nich wyrazie nie tkwi wspomnienie po dostrzeżeniu pierwszego samobójcy na torach?).

 Rozkochałem się w pociągach. W tych prawdziwych, staroświeckich, jakże urokliwych w porównaniu z tymi bezdusznymi, podobnymi do okaleczonych samolotów maszynami przemierzającymi jakieś głęboko ucywilizowane Francje, Japonie i co tam jeszcze...

 Pociągi, tak fascynujące, zawitały też do mojego dziecinnego pokoju. Kolejka. Byle jaka, skłonna do awarii, w sumie jednak dobrze spełniająca swoje zadanie.

 Bawiłem się w oczekiwanie. Budowałem małą stacyjkę: jeden peron, jeden tor i budyneczek z klocków. Gdy nadjeżdżał pociąg, wyimaginowani pasażerowie wysiadali z wagonów i pospiesznie opuszczali teren stacji.Potem pociąg, wprawiany w ruch ręką olbrzyma, odjeżdżał. Odjeżdżał kawałek, tak daleko, jak na to pozwalały szyny, a potem unosił się w powietrze - także za sprawą ręki olbrzyma. I znów następowała cisza. Znów nastawał czas oczekiwania. Długi czas.

 Przyjemniej jest, gdy nic się nie dzieje. Tak sądzę teraz i tak sądziłem wówczas - choć niewidoczni ludzie wyglądający kolejnego pociągu byli chyba innego zdania. Bawiło mnie ich zniecierpliwienie. Oni chcieli, żeby coś się działo. Żeby nadjechał wreszcie ich środek lokomocji. Niestety, na mojej stacji opóźnienia stanowiły normę.

 Czekanie. Bezczynne czekanie. Po prostu. Na nic. Lubię ciszę i bezczynność. Za oknami biegają ludzie. Ciągle gdzieś podążają. Są pospieszni, zniecierpliwieni, wiecznie czymś zajęci. Mogę obserwować ich całymi godzinami. Tak jak tych ze stacji z klocków. Patrzę z wysokości swojego drugiego piętra, z góry. Przyzwyczaiłem się do takiego punktu widzenia. Na szczęście dziś nie mam na nic wpływu. Jestem zwolniony z wszelkich funkcji, co traktuję jako miłosierny gest ze strony losu. Tymi tam na dole powodują jakieś inne olbrzymy, których za nic w świecie nie chciałbym wyręczać. Duszyczki. Przemykają jak błędne ogniki, wyrywane codziennie ze snu alarmem budzika, nie władające swoim czasem...

 Świat jest straszliwie niesprawiedliwy. Nie dla wszystkich jest on zakładem pracy. Jakie to szczęście, że mogę przynajmniej ciągle się zagapiać o dowolnej porze, tkwić bez ruchu. Jak dawniej. Dobrze, gdy życie pozwala człowiekowi czynić to, co najlepiej potrafi. Nie wszystkim jest to dane... Obym zawsze mógł czerpać przyjemność z owej niesprawiedliwości.

Pociąg i olbrzym (cd. dalszego ciągu)

kiljan.halldorsson

 Duch. Czym jest duch? Nie, nie będę niczego wymyślać, nie mam do tego głowy. Najlepszym rozwiązaniem będzie chyba sięgnięcie po słownik. Popatrzmy, co też zacni autorzy owego użytecznego dzieła mają w tym temacie do powiedzenia... Litera "D", "duch" - ileż znaczeń: energia psychiczna; podstawowy pierwiastek niematerialny, o którym rozwodzi się filozofia idealistyczna; byt osobowy niematerialny (wg religijnych, mitologicznych i teozoficznych pojęć); zjawa, widmo, upiór, istota bezcielesna (wg mniemań ludowych i spirytystów)... Spójrzmy jeszcze na duszę... Znaczenie pierwsze - ogół właściwości, dyspozycji psychicznych... Patrzmy dalej - ach, człowiek uczy się całe życie - oto dowiaduję się, że dusza to wolna przestrzeń między biegami schodów. Fascynujące! Mieszkam na drugim piętrze i codziennie korzystam ze schodów. Od dziś każde wyjście z domu oraz każdy doń powrót niezawodnie nabiorą swoistego uroku. I co tu jeszcze mamy... Dusza człowiek - człowiek bardzo szczery, serdeczny, dobry (hm, towarzystwo kogoś takiego musi być szalenie męczące). Dusza, coś, co siedzi w środku: rozgrzana sztabka żelaza umieszczana we wnętrzu staroświeckiego żelazka; rdzeń w łodygach roślin; drewniany klocek we wnętrzu instrumentu smyczkowego; element liny, wokół którego skręcone są sploty tejże... Jakie to wszystko ciekawe... No i jest jeszcze dusza w człowieku, ten osobliwy składnik. Nie wiadomo do końca, co to takiego, ale przekonanie, że każdy ją ma (choć może bardziej pasowałoby, że każdy nią jest) stanowi dość powszechne zjawisko. Miejsce jej pobytu, podejrzewam, nie jest do końca ustalone, chociaż wydaje się, że najchętniej lokuje się ją w głowie, a ściślej - w niezbyt apetycznie wyglądającej grudce zwanej mózgiem. Być może ci, co tak twierdzą, mają rację. Niech będzie, że tam mieści się jej mieszkanie będące jednocześnie punktem wypadowym- dusza bowiem lubi czasem powędrować, o czym informują porzekadła: a to zjechać do nóg, by przycupnąć w piętach, a to wyjść na powietrze i przysiąść na ramieniu, gdy przebywanie wewnątrz organizmu uzna za nazbyt ryzykowne. Dusza, licho wie co. Pierwiastek w człowieku, ożywiający ciało i opuszczający je definitywnie w chwili śmierci. Drobna iskierka wnikająca w małą śluzowatą istotkę, zdolna rozpalić się z czasem (w sprzyjających warunkach) w straszydło beznadziejnie zaplątane w zjawisko, zjawisko przeraźliwie kruche, bolesne, wymagające nieustannej opieki, narażone na wszelkiego rodzaju nieprzyjemności. Straszydło - a właściwie coś, co stanowi materiał na owo, straszone póki co przez zamieszkiwany przezeń twór przeobrażający się z niezłomną konsekwencją w schorowaną ruderę.

 Spotkać widmo, upiora - emocjonująca, niewinna i krótkotrwała igraszka. Niczym jest takie zdarzenie wobec powolnego budzenia się wewnątrz żywego zwierzęcia. Duch, nim nabierze krzepy do złowrogich jęków i podzwaniania łańcuchami, nim stanie się istotą straszącą, musi (jak diabli musi) wpierw pobyć trochę w kostiumie zawsze trochę przyciasnym i w gruncie rzeczy przerażającym. Człowiek żywy to duch straszony, człowiek martwy to duch straszący. Sytuacja człowieka żywego jest po stokroć trudniejsza - to jeden wielki lęk. Ileż musi się on natudzić i nabać, by awansować w końcu na stanowisko widma czy tajemniczego, bladego światełka nad bagniskiem

CDN

Pociąg i olbrzym (ciąg dalszy)

kiljan.halldorsson

 Są ludzie, którym bardzo leży na sercu rozwikłanie zagadki narodzin wszechświata. Nie jestem pewien, ale dziś chyba przeważa głos zwolenników malowniczej teorii o Wielkim Wybuchu, do której sam nastawiony jestem przyjaźnie, co ma związek z moim zamiłowaniem do fajerwerków. Człowiek, mówią czasem, też jest swego rodzaju wszechświatem, jakąś niezmierzoną głębią, ale on powstaje w znacznie mniej spektakularny sposób. Na początku jest wprawdzie fajerwerk (o szalenie przecenianych urokach, mało jednak efektowny), jednak dalsza część owego początku przedstawia się mało zachęcająco, wszak człowiek, jak każde inne bydlę, zaczyna swą "przygodę" wśród podrobów, a na powietrze jest zwyczajnie wydalany przy wydatnej pomocy tłoczni brzusznej, jakże zbawiennej w trakcie opróżniania (zwłaszcza utrudnionego) bańki odbytnicy czy pęcherza.

 W taki to nieprzyjemny sposób ze stanu, o którym niczego złego powiedzieć nie potrafię, zostałem wyrwany i rzucony w pełne zwodniczego uroku zapadlisko. Ciągle jest jeszcze sporo ludzi żywiących przekonanie, że owo zapadlisko zostało stworzone przez jakiegoś Boga - zdaje się tego samego, o którego wielkiej, wręcz wstrząsającej miłości opowiadał mi szpitalny ksiądz. Ci sami ludzie dostrzegają też w rozmaitych zjawiskach działanie istoty, o której mówią, że jest zła. Owa istota to Diabeł, zdolny opętać człowieka i zmusić go do robienia nieprzyzwoitych rzeczy. Podliczając potworności, z jakimi dane mi było się zetknąć w życiu i na lekcjach historii, muszę przyznać, że ten rogaty stwór jest niesłychanie skuteczny, zdolny, przedsiębiorczy, pomysłowy i o wiele bardziej pracowity od swojego równie nadprzyrodzonego Kolegi... To zastanawiające. Jak bardzo ów Kolega jest nieobecny. Czemu ciągle przebywa w ukryciu, czemu tak często pozostaje głuchy? Ale nie... Może jest zupełnie inaczej, może nie ma sensu rozdzielać tych zagadkowych postaci? Może po prostu stanowią jedno? Czy stworzenie czegoś tak niesłychanego jak świat nie jest przypadkiem efektem pracy opętanego? A ta głuchota Najwyższego - czy rzeczywiście posądzanie Go o nią jest słuszne? Wszak tyle modlitw zostało jednak wysłuchanych, tyle pragnień spełnionych... Świat jest niczym innym, jak tylko grzęzawiskiem malowniczo - zuchwałych snów złośliwie zamienionych w rzeczywistość, nawiedzanym dodatkowo przez rozmaite plagi, pewnie po to, by ci, którzy mimo wszystko zdołali zadomowić się na jakiejś w miarę suchej kępie, nie poczuli się zanadto pewni siebie.

CDN

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci