<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-2"?>
<rss version="2.0">
  <channel>
    <title>Kiljan Halldórsson</title>
    <link>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/html</link>
    <description>BRUDNO W PIS Y -&#xD;
ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA</description>
    <lastBuildDate>Thu, 10 May 2012 18:16:58 +0200</lastBuildDate>
    <item>
      <title>Rozmówki absurdalne</title>
      <link>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/05/Rozmowki-absurdalne.html</link>
      <description>&lt;p&gt;Rozsmakowałem się w długich weekendach. Znowu mam taki - dzisiaj właśnie zacząłem... Chociaż ze zwykłą przedwczesną pobudką. Bo psy oszalały. W zimie było wariactwo, potem było trochę spokoju, a teraz znów powietrze napełnione jest feromonami... Właśnie suczka mieszkająca piętro niżej dostała wścieczki. Następna kusicielka. Tak więc już o piątej rano mamy prawdziwy koncert, bo trzeba koniecznie iść na spacer. Niedźwiedź wyje, Budrek mu towarzyszy, tak że już nie ma mowy o spaniu... Ha - żeby to jeszcze wyły - gdybym tego nie słyszał, nie uwierzyłbym, że psy potrafią świergotać... Tyle że jest to taki świergot prawie że jurajski... I tak trwa to do szóstej. Potem świergot przechodzi w najdzikszy jazgot... POBUDKA!! A kiedy już się któryś z nas podnosi, rozpoczyna się szaleńswo, jedno wielkie pies ci mordę lizał, drapanie pazurami... I bywa jeszcze, że Budrek robi skok śmierci, czyli z rozpędu wskakuje na łóżko, by trafić całym sobą akurat w te okolice, gdzie chłopczyk ma dość wrażliwe miejsce... Najczęściej spotyka to mnie...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Jak już przeszło to szaleństwo, jak już psy się odurzyły, jak już zapachniała kawa, jak już się Franio odpicował, jak już zawiązał krawacik i pomknął do biura, ja się gruchnąłem jeszcze do łózia, żeby sobie trochę pomyśleć wesoło o tym, jak jest mi dobrze... Nastawiłem sobie muzyczkę, ale zaraz musiałem wszystko przerwać, wyciszyć, bo zadzwonił telefon... Rozmówka absurdalną się okazała... Myślę sobie teraz, że może częściej takie powinienem odbywać, tak z rana, na dzień dobry, na kukuryku... Rzecz zupełnie od czapy...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Podniosłem telefon. Tato. Otwarłem mu dostęp do mojego ucha naciskając na zieloną słuchaweczkę.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Cześć - powiedział tato.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Cześć. Co tam? - powiedziałem ja.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Ciepło jest dzisiaj? - zapytał tato.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Zastanowiłem się przez chwilę... "Za pogodynkę mnie bierze?" - Ciepło - odparłem w końcu, bo co mi szkodziło powiedzieć. Nawet uzupełniłem wypowiedź drobną prognozą: - I pewnie przez dzień będzie jeszcze cieplej.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Wiesz, pomyślałem, że ubiorę sobie dzisiaj te dżinsy, które mi kiedyś kupiłeś.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Super - rzekłem. - Wybierasz się gdzieś?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- No, właśnie - tu tato opowiedział mi o swoich planach, by po chwili powrócić do spraw garderoby: - Jakbym sobie włożył do nich te buty, te takie czarne, wiesz...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- No.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Mogą być?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Pewnie, że mogą.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Będą pasowały?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Będą - powtórzyłem z naciskiem. - Koko spoko - uzupełniłem jeszcze swe zapewnienie dając jednocześnie sygnał, że pozostaję w kontakcie z polską rzeczywistością.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- I jakbym sobie ubrał tę ciemnoniebieską koszulę. Bo mogę iść w samej?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Jasne.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Będzie dobra?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;"Co to, ja Jacyków jakiś jestem?" - przebiegło mi przez myśl. - "Co się dzieje?"&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Halo? Może nie trzeba jej wsadzać do spodni?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Coś mi się w głowie zaczęło przepalać.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Możesz nie wsadzać.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Tak można?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Można.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- A skąd wiesz? - indagował tato.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;"I co począć z tym pytaniem?"&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Ja rzadko kiedy pakuję koszulę do spodni.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- No tak. Nie, to może wsadzę do spodni.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Jak ci pasuje.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Nie, to włożę. Nie będzie mi zimno w samej koszuli?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- To weź sobie coś na wszelki wypadek cieplejszego.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Nie, co będę nosił...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- To nie bierz.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Dobra. To tyle chciałem.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;- Nara.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Odłożyłem telefon i otwartą dłonią potarłem sobie czoło... Czy to ja zwariowałem, czy... Może powinienem był zasiać w nim niepokój? Mój Franek - krawaciarz najczęściej pakuje koszulę w spodnie... Co to miało być? Jeżeli nasze rozmówki pójdą dalej w tym kierunku... - Jezu - westchnąłem...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Ale nic. Rozpuściłem się na powrót w muzyczce... I jeszcze, kurna, w myśli o R. Przyśnił mi się... Franio się śmieje, że z nim sypiam, a śnię o innych... Dziwnie przyjemny był to sen. A przecież wcale o nim nie myślałem... Jednak gdzieś te czarowne upiory siedzą w człowieku... Cofnąłem się w studenckie czasy... Biblioteka... Wnętrza coś jakby w Jagiellonce... Potem jakaś pojednawcza przytulanka na jakiejś... pętli tramwajowej... Tak jak, cholera, lubiłem zawsze... Lubiłem tak tym swoim dawnym głupim psim łepkiem przywierać do tej jego klaty... Ciało jak pancerzyk. Duże, szczupłe, silne. Giętkość, zwinność, delikatność w niezwykły sposób połączone z krzepą... Do dziś zresztą taki jest. Tyle że na jawie to już mi ten człowiek lata... Odezwało się echo. Bo przecież po tym jak mnie bez słowa rzucił, śnił mi się co noc. Nie dało się od tego uciec. Cała sprawa tłamsiła mnie nawet tam, hen, daleko, aż pod kręgiem polarnym...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Doszliśmy z Frankiem do przekonania, że wszystko, co nas spotkało, ciągle gdzieś się dzieje. Wszystko przecież wleczemy ze sobą, idąc przez czas. Ciągle gdzieś tam trwa gówniarz, młodzik, ciągle gdzieś żyją dawni kochankowie. A może też w każdej chwili życie się rozgałęzia i każdy moment ma niezliczone ciągi dalsze... I nagle pyk - masz chwilowy podgląd na jakieś inaczej... Jak mnie obudziły ćwierkania psie, to przez chwilę byłem jeszcze tam, przy tamtym torsie... Nieprzyzwoicie radosny... Ale potem się wszystko litościwie rozwiało... A kysz, przepadnij, maro!!! :)&lt;/p&gt;</description>
      <author>kiljan.halldorsson@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <guid>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/05/Rozmowki-absurdalne.html</guid>
      <pubDate>Thu, 10 May 2012 18:16:58 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Liciński</title>
      <link>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/05/Licinski.html</link>
      <description>&lt;p&gt;Trzeba coś dorzucić do tego stareńkiego bloga... Ależ się przyzwyczaiłem.:)&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Niech będzie zatem znowu coś odkurzonego. Jakoś tak ostatnio wspomniałem Licińskiego, zajrzałem więc na półkę - puff - poleciało trochę kurzu. Jest. Buntownik totalny sprzed lat stu. Wzór konsekwencji. I talent niebanalny.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Niezbyt wiele wiemy o Licińskim - garsteczka faktów, a reszta to legenda. Barwna legenda. Poza skąpym literackim dorobkiem niewiele po nim zostało. Dochowało się do naszych czasów bodaj jedno mało wyraźne zdjęcie, na którym widać go w jakimś straszliwym czarnym, grubym płaszczu i wielkiej czapie. Duży ciemny wąs, jakaś zaciętość malująca się w obliczu, jakiś pogłębiający bruzdy na czole gniew... Wypada tu poskarżyć się na okrutną i głupią historię, która w naszym kulturalnym życiu powypalała tyle dziur. Potworne efekty powstania warszawskiego - pożary niszczące bezpowrotnie bezcenne papiery, do których chętnie by się dziś zajrzało. Wśród nich były pamiątki po Licińskim, które posiadała jego przyjaciółka Zofia Nałkowska. Kiedyś tak intensywnie ze sobą korespondowali - nie ma po tym śladu...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Liciński jakoś tak nie miał szczęścia. Zasilił grono tych zapomnianych. Po 1917 niczego nie wznowiono. Planowano wprawdzie wydobyć go z cienia, ale wszystkiemu przeszkodziła wojna. Później, już po wojennym zamieszanu, Zofia Nałkowska planowała wydać dzieła swego przyjaciela, pracowała nawet nad przedmową do nich, ale jakoś do niczego nie doszło. Dopiero Wydawnictwo Literackie z Krakowa wyciągnęło go z powrotem na światło dzienne w 1978 roku.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Ludwik Stanisław Liciński. Wyklęty i przepędzany. Bezdomny włóczęga, pachnący biedą i brudem, przepojony liryzmem kronikarz warszawskiego lumpenproletariatu, buntownik, człowiek z sercem, porównywany do wielu, wielu wielkich piór, polskich i światowych. Słusznie!&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Gość z Lubartowa. Rocznik 1874. Ten, którego wypieprzali z hukiem. Najpierw z lubelskiego gimnazjum, do którego chodził m. in. ze Stanisławem Brzozowskim i Andrzejem Strugiem. Pan dyrektor, późniejszy osławiony cenzor warszawski, precz mu powiedział, za nieprzystosowanie do systemu. Niesubordynacja, wrogość wobec władz carskich - Precz! Tak mu jeszcze powiedziano i w Radomiu, i w Zamościu, i w Chełmie. Miast matury dostał wilczy bilet. Trzeba więc było wiać poza tereny zaboru rosyjskiego. Dotarł do Krakowa, gdzie jednak też nie zagrzał miejsca zbyt długo - przez rok był wolnym słuchaczem na Wydziale Filozoficznym UJ, po czym precz powiedziała mu administracja austriacka... Wszędzie ten indywidualista był podejrzany. Włóczykij, co pośród halucynacji szukał swej drogi, własnej postawy wobec świata... Po krakowskim epizodzie przybywa nielegalnie do Warszawy, na jej bruki. Poznaje tam wiele znakomitych postaci, zaprzyjaźnił się ze wspomnianą już Zofią Nałkowską, Januszem Korczakiem, Ludwikiem Krzywickim... No i pisze, współpracuje z lewicową prasą, daje się poznać też jako etnograf. I niszczy go gruźlica... Brał udział w demonstracjach 1905 roku. Śledzony przez policję próbował uciekać ponoć aż na Syberię, by się na miejscu zapoznać z piekłem życia więźniów politycznych, ofiar carskiej przemocy i okrucieństwa... To jednak raczej można między bajki włożyć... Wacław Nałkowski odnalazł go wycieńczonego w rodzinnym Lubartowie i zabrał ze sobą do Warszawy, a jego córka, Zofia razem z Leonem Rygierem poczyniła starania, by umieścić go w sanatorium przeciwgruźliczym w Otwocku przy wsparciu finansowym Bolesława Prusa. Było już jednak późno - po kilku miesiącach, 22 kwietnia 1908, całkiem jeszcze młodziutki Liciński zmarł... Świadkiem tego umierania była Nałkowska. Było to dla niej jedno z ważniejszych doświadczeń życia. Licińskiego i jego umieranie uwieczniła w powieści "Narcyza". A i potem jeszcze wracała do jego osoby, niezwykłej osoby.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Idzie Chrystus, nogą depce maluczkich, głodnym każe się sprzedać w niewolę, skrępowanym błogosławić powrozy. Jednym tylko bogaczom dłoń podaje przyjazną, siada z nimi przy stole jak rajca, Boga z nimi szachruje... Za Chrystusem - giełdziarzem tłoczy się ciżba biskupów, stada proboszczów się cisną... Przywlekli z sobą zgraje utrzymanek i bękartów: płaszczem swoim osłoń je, Chryste!... Poustawiali wory zrabowanych pieniędzy: pobłogosław je, Chryste... Poustawiali stosy zabitych ewangelią i karabinami ludzi: potęp ich, Chryste!... Chrystus z twarzą przesłodką na swych ukochanych proboszczów spogląda: co wy zwiążecie na ziemi, sam szatan nie rozwiąże... A więc wiązać ramiona i ręce!&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; *&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Chciałbym was uczyć Boga. Ale wyuczcie się pierwej Człowieka. Jednego w drugim odnajdziecie.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; O sztuko! Ty do nich gadaj! Ty - potężna i wszechogarniająca, jak Bóg przez poetów śniony. Bo jeśli Ty im nie rozświetlisz mroków, któż je rozświetli.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; *&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Nie bój się ludzi, do których mord krwawy i kał wszelki przysycha, bo oni braćmi są twoimi; nie lękaj się krwi i śmierci, bo one są dzieckiem człowieka; nie pysznij się cnotą tchórzliwej sytości, bo ona te zbrodnie stworzyła.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Ot tak, kilka cytatów tego solidaryzującego się z nizinami człowieka, ze skrzywdzonymi i poniżonymi, z tymi, których życie solidnie poprzycierało. Nie tylko tak papierowo, ale całkiem na poważnie, w rzeczywistości, bo jego ludźmi, bo jego przyjaciółmi, dla których miał w swoim sercu najcieplejsze miejsce, byli nożownicy, szybko niszczące się prostytutki i wszystkie nocne warszawskie ćmy, sowy, nietoperze...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Rzeczywistość miesza się ze zwidami... W oczach tego, który odkrył, że od dzieciństwa używano go dla jakichś obcych zasad, jakichś niedorzecznych paragrafów i nie swoich celów... Precz ze stadem! Precz z narzuconą normą! Wierzgający wykopał się na margines, w piekło okaleczonych. Nędza, podłe noclegownie, mieszkania po byle jakich kątach, nocne życie, wisielcy, wiślane topielice, księżyc, błyskawice i cmentarze... A świat naciska, stara się wymyslić mu rolę, zawody, by go stłamsić i unicestwić, by zniszczyć niezależność oburzonego outsidera i współczującego ze społecznością wydziedziczonych, wykluczonych włóczęgi. Zaborca, kler i "porządny obywatel" - to trzej wrogowie, to trójca rąsie sobie ściskająca... A więc rzucić trochę światła, na człowieka... Snop jego poszedł w niziny, do lumpa, do kurwy - tam znalazło się serce, tam pod nieprzyjaźnie wyglądającą skorupą biły źródła uczuć, tam znalazło się piękno, ukryte w świecie sterroryzowanym przez polityczne bezprawie, przez konwencje codziennych międzyludzkich gierek, w świecie wiecznie kłapiącym zębatą paszczą, gdy tylko natknie się na jakąś odmienność.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Liciński, drwiący i sarkastyczny, i kochający ten porąbany świat. Odmienec, inny, żyjący pośród sprzecznych emocji... Totalnie zbuntowany włóczęga, który swój literacki drobiazg skończył "Burzą" opisującą rewolucyjny zryw bez przywódcy... Liciński, co sądził, że należy unicestwić państwo i jego instytucje.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Stare, młopdoplskie pisanie. Może to brzmieć odstraszająco, ale proza Licińskiego broni się do dziś. "Halucynacje. Z pamiętnika włóczęgi" -te dwa zbiorki zebrane w jednym tomie należą do tych nielicznych przejawów literackiej twórczości z tamtej epoki, o których można powiedzieć, że i w naszych czasach zachowują czytelniczą wartość... I choć wszystko dzieje się w świecie, którego już nie ma, to jednak pewne rzeczy ciągle są aktualne - problem ludzi wykluczonych z takich czy innych powodów, ludzkiej głupoty... no i ten bezczelny klechistan... Zwłaszcza te uderzenia w kleszy syf mi się u Licińskiego podobają - w durnotę, w chęć władania ludźmi, wbijania ich w nieuzasadnione poczucie winy, w to kropienie brudną wodą, drogocenną, jak się okazuje, te kosztowne pogrzeby, pustotę obrzędów (mówi o tym choćby świetne opowiadanie "Po śmierci" - drastyczny przykład uprzedmiotowienia człowieka. Patrzymy w nim oczami... wisielca... Jeszcze jakoś tak ujdzie, gdy idzie o różne formalności policyjno - lekarskie, gorzej gdy już go do trumienki wsadzą i wetkną pod łapkę martwą "papierowego Lojolę"... Zaczynają się pertraktacje z księdzem... Robienie śmierci. Niesmak... Z samobójcą to kłopot. Ale i przeciez wdowę po nim można oskubać... O, a jeszcze i coś zadrgało pod sutanną... Chętnie by jej się i cycki obmacało... Jest już tylko trup - przedmiot, zabawka dla bezdusznych ceremonii, bo takie obyczaje... I świetny, acz wyuzdany sposób na zarobkowanie...) Byle tylko się uczepić, już w szkołach sączyć bajeczki do małych główek, już z ledwo wyklutego pisklęcia robić grzesznika, by się tarzał u stóp w poczuciu winy i szukał przebaczenia, i wdzięczny był za łaskawą pokutę, byle by posiać w nim trujące ziarenko, aby był naszym klientem, nawet dla picu, dla zwyczajów wynikłych z zasiedziałego od dzieciństwa przesądu... Bo jeśli jednak?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Przychodzi mi na myśl inny, nieco późniejszy pisarz walący w nieznośny klechistan - Zegadłowicz, który słusznie zauważa, że na świecie byłoby o wiele mnie zła, gdyby ludzkości nie motano w sieci wyznaniowych kultów.... Pal licho, że zabiją jakiegoś pocziciwca głoszącego idee przeciwne naturze ludzkiej - zła to rzecz, smutna, bo lepiej takiego zostawić a zastanowić się może, czy czegoś w człowieku nie trzeba zmienić - ale jeszcze gorzej jest, gdy z zadręczonego poczciwca robi się boga, a jego idee rozpuszcza się w przepisach, w nonsensownych praktykach i przykazaniach... Wtedy nie zmienia się nic. Jedynie stary kubeł pomyj wzbogacony jest o kroplę czystego spirytusu. Przez kult i klepanie zaklęć człowiek ani na jotę nie staje się lepszy. I im mniej umundurowań, tym lepiej. Także tych czarnych, powłóczystych... Bo czymże mundur? To przecież fikcja znaczenia, zarozumialstwo nic nie znaczącego... A ludzie się ciągle nabierają...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Poszedł więc Liciński na dół, by poszukać człowieka... Można powiedzieć, stara ramotka... No ale... Skoro są takie ramoty, którymi wiecznie muszą się posługiwać egzaminatorzy przy okazji tych uroczystych klasówek zwanych maturami, to może i tę ramotkę warto by było przypomnieć, by i przy takiej okazji, przy całkiem zjadliwej książce, sobie pogwarzyć o tym, co też nas przestało gryźć, a co gryzie nas nadal...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Tak jeszcze sobie pomyślałem troszkę o równowadze, przy okazji Zegadłowicza. O ile mnie pamięć nie myli, Zegadłowicz otrzymał kiedyś tytuł honorowego obywatela Wadowic. A potem, gdy opublikował "Zmory", tytuł mu ten klechistan odebrał. Podejrzewam, że takim tytułem cieszy się w naszych czasach niedawny jeszcze pierwszy lokator Watykanu. Byłbym usatysfakcjonowany, gdyby jednak przywrócono ten tytuł pisarzowi. To byłby miły gest. Dla klechistanu pewnie ten dawno zmarły pisarz to dalej jest szkodnik. Ale z kolei na przykład dla mnie większym szkodnikiem pozostaje kapłan. Jakaż piękna równowaga by była, gdyby jednak w tym "papieskim" mieście zapanowało takie tytularne sąsiedztwo...:)&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;To tyle o starych ramotach... Kłania się omszały Miś.:)&lt;/p&gt;</description>
      <author>kiljan.halldorsson@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/05/Licinski.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/05/Licinski.html</guid>
      <pubDate>Wed, 9 May 2012 17:22:22 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Barr</title>
      <link>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/04/Barr.html</link>
      <description>&lt;p&gt;Udało się!! Także i w tym roku! I to jak!! Jeszcze chwilę temu było łyso, aż tu nagle przyroda zwariowała! Wszystko w kwieciu! Aż duszno od zapachów wieczorową porą! Mniszek, wiśnie, jabłonki, nawet bzy... A wszystko to z miłości, zaskakująco nieśmiałej miłości...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Tak, tak, wszystko trzeba wyjaśnić. Skąd, co, jak?? By wiosnę wytłumaczyć po skandynawsku, trzeba oczywiście sięgnąć po staroislandzki tekst... Naturalnie nie odmówię sobie oryginalnych wstawek, bo strasznie lubię te literki:&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Freyr, sonur Njar&amp;eth;ar, haf&amp;eth;i einn dag setzt í Hli&amp;eth;skjálf, ok sá um heima alla. Hann sá í Jötunheima ok sá &amp;thorn;ar mey fagra, &amp;thorn;á er hon gekk frá skála fö&amp;eth;ur síns til skemmu. &amp;THORN;ar af fekk hann hugsóttir miklar...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Rzecz to niezwykła - Frey, który tak się pyszni swym klejnotem, zdawać się może kimś bezwstydnym, lubieżnym... A tu nagle tylko takie nieśmiałe popatrywanie, rumieniec może, tęsknota i smutek miłosny... W innych miejscach Eddy znaleźć można inforamcje sugerujące, że świat bogów był raczej mało przyzwoity, natomiast pieśń o wyprawie Skirnira "Skírnismál" opowiada o pewnej nieporadności boga, a także o głębokich uczuciach... Można w związku z tym przypuszczać, że wymieniona pieśń nie jest zbyt stara - to znaczy oczywiście jest bardzo stara, ale wszystko wskazuje na to, że powstała w czasach, gdy pogańskie wierzenia traciły już swoją moc i znaczenie... Pieśń ta, bardzo prosta i przejrzysta, pełna liryzmu, wydaje się być bardziej produktem średniowiecznej kultury dworskiej niż ludowej twórczości z epoki całkiem jeszcze żywych bogów, i przede wszystkim nie takich nieśmiałych... Jest to więc dalekie echo mitu o niebiańsko - ziemskiej schadzce, bardzo miłe, przypominające jednak, jak bardzo przesądni byli dawni Skandynawii mieszkańcy, jak mocno wierzyli w zaklęcia, w przekleństwa, moc runów - dużo tu takich rzeczy, dużą znajomością przedmiotu wykazał się nieznany autor...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Było to tak, że razu pewnego Frey, syn Njorda, usiadł na tronie Hlidskjalfie, by się rozejrzeć po wszystkich światach. Kiedy zaglądnął do Jotunheimu, jego uwagę przykuła przepiękna dziewczyna, która szła ze świetlicy swego ojca so spichlerza. Freya smutek wielki ogarnął, gdy tak patrzył na to cudo... Bardzo się martwiono o stan ducha boga, aż wreszcie zatroskany ojciec poprosił sługę, by wybadał, co też tak smuci jego syna, co też za tęsknoty ciężkie go trawią... Tak, tak, dodała Skadi, matka Freya, wypytuj go tak długo, aż ze wszystkiego ci się wyspowiada. I jak państwo poprosiło, tak Skirnir uczynił. - Ty, któryś jest księciem bogów, powiedz, powiedz, co cię skłania do tego, by samotnie w pustej sali siedzieć, cóż za smutki ciężkie spychają cię w cienie odosobnienia? Lata chłopięce spędziliśmy razem, druhem mym jesteś, ufać więc sobie winniśmy, zdradź zatem, z jakiego powodu to wszystko? - Widziałem ją, widziałem - wyszeptał przejęty bóg - ukochaną moją ujrzałem w Gymira grodzie. Jakże lśniły jej ramiona! Ach, na cały świat i morze pada ich blask! Kocham do szaleństwa to dziewczę, kocham miłością, jaką nigdy jeszcze nikogo nie kochałem. Ale nikt nie chce, byśmy się pobrali! Nikt, rozumiesz, mój drogi Skirnirze, mój ty jasny przyjacielu! - Skirnir długo się nie namyślał i zaraz rozpalił się w nim entuzjazm i silna wola działania. Frey wszak nie może trawić czasu w smutku i tęsknocie: - Daj mi konia, abym mógł przez czarodziejski ogień skoczyć, daj mi miecz, który sam się do ciosu wznosi i bić olbrzymów ród będzie!! - Tak! - zawołał bóg rozgorączkowany w swych rozbudzonych nadziejach: - Dam ci konia, byś przez czarodziejski ogień się przedarł, i miecz, co się sam do ciosu wznosi! Mądry jesteś, dobrze więc ci służyć będzie! - I tak pognał Skirnir w świat oszronionych Thursów... Gdy zajechał przed gród Gymira, ujrzał psy zajadłe, pianę wściekłą toczące, co dostępu do bramy strzegły, skierował tedy rumaka swego ku wzgórzu, na którym pastuch siedział. - Powiedz no ty, pasterzu, jak rozmowę zacząć z dziewicą, gdy psy dostępu bronią? - Człowieku na koniu - odrzekł pasterz - widmem żeś chyba jest jakim, albo śmiercią naznaczony, zapomnij, że mówić będziesz z córką Gymira! - Już mi tam od widm nie przygaduj! Z góry przeznaczony mój wiek! Temu, komu pilno, rady patrzeć trzeba, a nie narzekaniom się poddawać. - Aż się ziemia zatrzęsła od Skirnirowego gniewu, co wywabiło ciekawską Gerdę, Gymirową córkę. - Niechże więc wejdzie niecierpliwy gość, uraczmy go naszym najprzedniejszym miodem. Choć się boję, czy jakiego niebezpieczeństwa na dwór nie wpuszczam, czy nie zbójca to jaki... Jakżeś się przedarł przez czarodziejski ogień? - Od Freya przybywam. W imieniu jego o rękę prosić pragnę. I jabłka szczerozłote przynoszę ze sobą, co, spożywane, bogom młodość wieczną dają. - A cóż mi tam jabłka starość odpędzające? To mnie do Freya nie przekona! - Dam ci tedy złotą obręcz. Osiem równie ciężkich z niej kapie w każdą dziewiątą noc. - A co ty tak z tym złotem?! Jabłka, obręcze. U mnie złota dostatek, daj więc spokój z tym mamieniem błyskotkami. - Spójrz więc, Gerdo, na ten miecz wąski, runami ryty, głowę ci zetnę, jeśli zgody twej nie usłyszę. - Ty się chyba doigrasz. Gymir tu zaraz przyjdzie i coś czuję, że do walki dojdzie. - Pod tym ostrzem ugnie się stary! - zawołał zuchwale Skirnir. - A ciebie rózgą czarów dotknę i ujarzmię wedle mojej woli... - I tu jął Skirnir wymieniać straszliwe przekleństwa i grozić, jakie to runy szkodliwe wyryje: Jadło będzie ci śliskim płazem, dziwolągiem się staniesz, w sidłach złych mocy nędzny żywot powiedziesz, gniew Najwyższego cię dosięgnie, u bramy trupów mieć cię będzie olbrzym w podziemiu, kozi mocz pić będziesz, bo innego napoju nigdzie nie znajdziesz, choroby kobiece na cię sprowadzę... - Dość już, dość! - krzyknęła błagalnie Gerda. - Bądź więc już pozdrowiony i przyjmij kryształowy ten puchar pełen starego miodu. Nie myślałam, że syna Wanów obdarzę swą miłością. - Jakimi słowy, Gerdo, poselstwo me każesz mi zakończyć? Kiedy to synowi Njorda się oddasz?...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Najważniejsza sprawa dla Freya. I ważny dla zwykłych ziemian skutek uboczny tych zabiegów miłosnych i zaślubin wymuszonych złowrogimi runami i przekleństwami - WIOSNA... Czeka się na nią długo, czeka, aż wreszcie wybucha - liście, kwiaty, nadzieja urodzaju. Oto niebo w osobie boga płodności łączy się miłośnie z oporną ziemią... Barr - gaj, gdzie rozkwita wiosna w sercu boga i skąd niesie się dla nas radość tejże, radość ze światła, ciepła, z wszystkiego, co przyjaźnie życiodajne...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Te właśnie słowa usłyszał Frey:&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Barri heitir,&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; er vit bá&amp;eth;ir vitum,&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; lundr lognfara;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; en eft n&amp;aelig;tr níu&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &amp;thorn;ar mun Njar&amp;eth;ar syni&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Ger&amp;eth;r unna gamans.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Barr zwie się,&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;jak to obaj wiemy,&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;gaj cichy;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;tam za dziewięć nocy&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Njordowemu synowi&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Gerda radości użyczy.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Ach, nocy dziewięć... (Tu taka drobna informacja - dawni Skandynawowie mierzyli czas nocami. Mówiło się za dwie noce, za trzy... Nie tak jak dziś, kiedy to wszyscy liczymy dniami - za dzień, za dwa... I może lepiej liczyć nocami? Dni jakoś przelatują. Dwa dni -  to mało. Dwie noce -  znacznie więcej - trudno w nocy coś robić, wszędzie cisza, a w niecierpliwym oczekiwaniu sen nie chce zamknąć powiek... Frey miał przed sobą nocy aż dziewięć... )&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Löng er nótt&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; langar ro tv&amp;aelig;r,&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; hvé of &amp;thorn;reyjak &amp;thorn;rjár?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Oft mér mána&amp;eth;r&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; minni &amp;thorn;ótti&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; en sjá half hýnótt.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;To właśnie powiada Frey. Że noc jest długa. A dwie noce to już w ogóle... Jak ja zniosę trzy? Często miesiąc zdał mi się krótszy, niż ta noc pełna tęsknoty...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Ale jak się czeka, to się i człowiek, i bóg doczeka. Zawsze trzeba trochę cierpliwości. Minęły wszak ciemności, śniegi i mrozy trzaskające są już wspomnieniem... Ptaki wszystkie mówią, że Frey posiadł już Gerdę... W gaju Barr, albo, jak chcą niektórzy, na łące, czy na ogrodzonym polu, bo gdzies takie echo pobrzmiewa w imieniu ukochanej. A Barr bierze się od staronordyckiego wyrazu oznaczającego zboże...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;No to co - nieśmiały bóg już zaczął... Tak więc niech inni też się biorą za sianie... Panowie - Freyowie - płodni, smutni kochankowie. Stroić się w uśmiech i brać w obroty swe Gerdy... Ponoć ma być nas coraz mniej. Więc może trzeba coś z tym zrobić, odwrócić trend... Żeby było jeszcze ludniej... No i przecież ZUS czeka w swych pałacach na kolejne fale frajerów... Do dzieła więc... Tylko kto to mówi?:)) Pan wygodnicki, który na płodność patrzy z boku i trzyma się od niej z daleka... Ale trudno. Troski jednak żywić mogę różne... No i że co... Że tego i tam... I już. Z gejowskim pozdrowieniem - Kiljan :-&amp;thorn;&lt;/p&gt;</description>
      <author>kiljan.halldorsson@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/04/Barr.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/04/Barr.html</guid>
      <pubDate>Mon, 30 Apr 2012 20:52:38 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Wieczór na ulicy K.</title>
      <link>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/04/Wieczor-na-ulicy-K.html</link>
      <description>&lt;p&gt; Ależ się opuściłem... Co poradzić. Chwilę temu potworek zwany życiem postanowił siąść mi drobną zmorą na piersi. Trochę mnie to kosztowało. Ale nic to. Mam się uparcie świetnie i głowy nie zwieszam... Nawet fakt, że zostałem wesoło okradziony, nie zniszczył mego humorku. No trudno... Ważne jest, że kwitną drzewka, rośnie trawa, Niedźwiedź uparcie, mimo wieku, myśli o miłości... Tak, tak, takich rzeczy trzeba się trzymać... Miłość może i jest przereklamowana, ale jakoś tak z nią raźniej... Niedźwiedź pośród wiosennych odurzeń czuje się lepiej... Nie inaczej jest ze mną... Pani Czubaszek mówi, że bez miłości da się jakoś żyć. Ale i z miłością też jakoś wiele spraw można pogodzić... Może to drobiazg, ale zawsze to milej, jak jest z kim wypić poranną kawę... I się kręci. I ładnie pachnie. Wdycham różne powietrza, przygotowuję swój nos na jaśminowe uderzenia... Jeszcze trochę i znów będzie czerwiec... Zamierzam dożyć do tej pory. To postanowienie nawet niektórych cieszy... Ciepło się zrobiło. Młodzi przedstawiciele płci pięknej pokazują swe włochate nogi... Dużo plusów... No tak, ale ja miałem w zasadzie napisać coś o nienawiści. Bo tak siedząc przy komputerku pomyślałem o Strindbergu... Kwiecień jeszcze mamy. W kwietniu, sto lat temu, August Strindberg był na swoim ostatnim spacerze po Sztokholmie. W brzydkiej pogodzie. W padającym śniegu... Potem już rak żołądka nie pozwolił mu opuścić łóżka... Niemal równocześnie z nim, w oddali, umierała jego pierwsza żona, Siri. Jeszcze zdążył przesłać na jej pogrzeb wieniec z białych lilii... Niezwykły gest, biorąc pod uwagę symbolikę tych kwiatów. Tyle było przecież wcześniej jadu, oskarżeń, nienawiści... No tak, ale to nie o tej miłości - nienawiści nawet miałem pisać - na nią przyjdzie jeszcze pora... Myślałem o Auguście i Dagny... Ale jeszcze mi się przez myśl przewijają wiersze pani Bogumiły Jęcek, które miałem ostatnio ze sobą w niewielkiej podróży... Malowanie słowami, malowanie farbami... Nadawanie zjawiskom niecodziennych barw, albo gra słowem, językowymi regułami; nadawanie nazw, skojarzenia, porównania... Jedno może się spalatać z drugim. Ze słów mogą rodzić się obrazy, z obrazów słowa... Myślę, że gdzieś tam, licho wie, gdzie, malarz Munch cieszy się z naszej poetki... Tak jak kiedyś cieszył się poeta Obstfelder, że z jego poezji, czy jakiejś takiej muzycznej prozy, zrodziła się obietnica malarskiej ozdoby... No właśnie. Dagny... Zawsze można znaleźć jakieś zazębienia... To właśnie pośród kongsvingerskich lasów Munch usłyszał wiersze Obstfeldera. Być może właśnie na werandzie "Zacisza", rodzinnego domu Dagny Juel, choć co do tego nie ma absolutnej pewności... To zresztą nie takie ważne. I tak wiemy, że ta trójka pozostała w przyjaźni, chociaż przyjaźń to była krótka, bo i Sigbj&amp;oslash;rn, i Dagny odeszli tak wcześnie. Dagny była tłumaczką Obstfeldera na niemiecki, Munch miał w nim bratnią duszę, co czuła podobnie... W tomiku wierszy "Czarne koronki" moją uwagę przykuł utwór o "Wieczorze na Karl Johan"... Iluż tam bohaterów można znaleźć... Naturalnie to sam Munch, ten ciemny, na środku ulicy, prący pod prąd, z drżeniem, w siódmych potach, jak można wyczytać z jego zapisków... Widz ma wrażenie, że pozbawiony wyrazu tłum zaraz wypadnie z obrazu, by go bezlitośnie podeptać. To więżniowie norm, tłoczący się potworni średniacy, eleganccy... Kapelusze, cylindry... Miasto, niemiłosierna, "paskudna Kristiania". I samotność tego innego. Strach... Do tej czeredy o pustych twarzach dobrze pasuje zdanie Ludwika Stanisława Licińskiego: To ludzie zbyt słabi, by iść samopas, tłumami prą naprzód i wyją, przeklinają, zębami i obuchami miażdżą wszystko, co nie z nich wylęgłe... Innym bohaterem może być Knut Hamsun i ci wszyscy jego bohaterowie chętnie idący gdzieś indziej... Patrząc na ciemną sylwetkę myślę o Hamsunie z "Głodu". Człowiek bliski zagłady. Wykluczony, pozostawiony bez wsparcia, dla którego nie było najlichszej posady. Łazi, robi z siebie widowisko, nie ma pieniędzy, więc jest niepotrzebny... Coś się wreszcie musi wydarzyć. Światła Kristanii wreszcie zostają w tyle... No i oczywiście łazik Obstfelder... To samo poczucie samotności, strachu. Ciągłe poczucie braku oparcia w rzeczywistości, wyobcowania, strachu przed dużymi skupiskami ludzi. Obstfelder to człowiek pozostawiony samemu sobie. Wiecznie szukał swojego miejsca, pędził od kraju do kraju. Robił imponujące spacery. Potrafił na przykład wyjść ze swego berlińskiego lokum, by pójść piechotą... do Paryża... W Paryżu Munch zrobił jego portret, jeden z najlepszych w karierze. Uwiecznił na nim te dziwne i piękne oczy poety, którymi patrzył na ten świat, na którym znalazł się przez pomyłkę... Obstfelder był wielkim entuzjastą twórczości Muncha, o którym długo pamiętała siostra malarza, Inger, któregoś razu wypędzona w środku nocy z łóżka przez brata, bo pan Obstfelder musiał się wyspać, a akurat nie miał gdzie tego zrobić... Poeta miał w sobie wszystko to, czego Munch panicznie się bał: gruźlicę (jakże Munch drżał ze strachu przy tych wszystkich swoich przeziębieniach - to na pewno coś strasznego, to z pewnością te przeklęte płuca!!) oraz, pod koniec życia, żonę - trudną, złą żonę, która źle traktowała śmiertelnie już chorego męża i ponoć niezbyt często trzeźwiała... Nie miał Obstfelder szczęścia w miłości. I wcześnie zgasł ten bardzo płodny artysta. I żeby jeszcze było smutniej - jego jedyna córka przyszła na świat w chwili, gdy jego samego oddawano już ziemi... I ilu jeszcze bohaterów można by było znaleźć. Ilu jest takich, co identyfikują się z tą ciemną postacią, takich, co czują się opuszczeni, niezrozumiani, których paraliżuje strach, nieśmiałość, ilu jest wykluczonych, samotnych pośród tłumu... Ilu takich, co już tylko marzą o tym, by zniknąć... No i też ilu gniewnych, pokłóconych z całym światem, ilu takich, co to niczego sobie podyktować nie pozwolą... Samego siebie też czasem tam dostrzegam. W jakimś sensie jestem człowiekiem z marginesu. Tyle że jest to ten margines raczej pachnący i syty... Ale jednak. A jeszcze jest i czas... Mijam znajome mury, idę znajomymi ulicami, ale ludzie już jacyś tacy mniej znajomi, jacyś inni... Już mi się nie chce krzyczeć, że świat jest mój... Już jakaś inna młodość to wykrzykuje. A ja rozumiem coraz mniej... Ilu różnych ludzi można znaleźć w tym jednym Munchowym człowieczku, któremu z tłumem nie po drodze... I gdzieś tam koniec bez światła... Choć to pewnie nie taka beznadzieja... Dla Hamsuna za ciemnym fiordem, którym umknął, rozpostarło się jeszcze długie, barwne życie... Przed Munchem jeszcze dużo było cierpień, jakże jednak twórczych... W końcu osiadł w "paskudnej Kristianii", która potem wróciła do historycznej nazwy Oslo... W Oslo Munch już stawał się dobrem narodowym... I był ulubieńcem miejscowych taksówkarzy... A ja... Z pewnością coś Misio z marginesu jeszcze wywinie... :)). A teraz pozwalam sobie na drobne znorweszczenie wiersza o Karl Johan...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Bogumiła Jęcek&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;"Aften p&amp;aring; K. gate"&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; Mitt hjem er en utslokt vulkan;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; som et tre og fjell.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;Langs bygningene og de varme vinduer, den lengste&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;gaten. Flest mennesker - det passerer meg&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;murer med gule ansikter - kalde&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;lykter p&amp;aring; fortauene. Jeg g&amp;aring;r&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;midt i gaten; gjennom den fiolette&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;r&amp;oslash;yken, mot enden uten lys.&lt;/p&gt;</description>
      <author>kiljan.halldorsson@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/04/Wieczor-na-ulicy-K.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://kiljanhalldorsson.blox.pl/2012/04/Wieczor-na-ulicy-K.html</guid>
      <pubDate>Fri, 27 Apr 2012 15:48:40 +0200</pubDate>
    </item>
  </channel>
</rss>


